(Nie)doskonałości

Czy wiecie, że Indianie potrafią leczyć schizofrenię paranoidalną z wiele lepszym skutkiem niż my, ludzie cywilizacji? I nie potrzebują do tego żadnej książkowej wiedzy psychologicznej ani medykamentów. Dlaczego o tym piszę? Bo uważamy Indian za ludzi prymitywnych, a co za tym idzie dalece niedoskonałych.

A dziś trochę o (nie)doskonałości. Nie o tej, która jest formą ambicji, bo ta wydaje się być bardzo pożądaną. Bez niej nie rozwijalibyśmy się zawodowo, nie rozwijalibyśmy swoich pasji. Ale  o takich naszych małych, prywatnych słabościach. Kto z nas lubi swoje wady? Kto potrafi śmiać się ze swoich gaf i wpadek? Czy nie chcielibyście stać się tak troszkę doskonali? Tylko kto miałby to osądzić czy  jesteśmy  doskonali czy nie? Co jeśli według siebie samych bylibyśmy doskonali (co chyba byłoby ogromnym zarozumialstwem), a według innych nie? Choć  takie przypadki są przecież nie rzadkie. 

Czytałam ostatnio wywiad z Najsztubem. I choć on sam nie postrzega swoich wad czy dziwactw, jako takie właśnie, to jednak wielu z nas takie w nim widzi. W tym wywiadzie  mówi, że współcześnie próbuje się nas ze wszystkiego wyleczyć. I myślę,że  trafia w sedno tych czasów. Każda (nie)doskonałość powinna być leczona. Nastały czasy dążenia do doskonałości. Ciągle jesteśmy oceniani, czy to przez siebie samych, czy przez otoczenie. A czymże jest doskonałość ? Właściwie dla każdego z nas doskonałość byłaby czymś innym. Jest taki serial pt.”Detektyw Monk”. Postać pedantycznie dbająca  o higienę. Dla jednych pedant i perfekcjonista, dla innych dziwak. Może ta doskonałość leży w naszej niedoskonałości? A to już jest bardzo pocieszające, bo  oznacza, że powinniśmy lubić się za te nasze wady. Jak to psycholodzy trafnie mówią, sto zł, nawet gdy upadnie w błoto, ubrudzi się i pogniecie, nadal będzie miało wartość 100zł.

Dlatego nie bądźmy może dla siebie zbyt wymagający. Spotkałam kiedyś pewnego pana po pięćdziesiątce (żonatego oczywiście i to cały czas z jedną kobietą), który stwierdził, że prawdziwa miłość kocha za wady, kochać za zalety nie jest sztuką. Nie istnieje przecież ktoś (lub coś), tak obiektywnie doskonały. To my określamy, co jest dla nas doskonałe.  Podobnie, jak dla jednych szczęściem jest po prostu możność chodzenia, a dla innych życie w luksusie. Pewien mój znajomy, nie jeden zresztą, stara się stworzyć dom doskonały. Dlatego ciągle ma plan dwuletni, bo ciągle można coś ulepszyć. I tak każdy goni za jakąś doskonałością. Coraz rzadziej się spotykamy i rozumiemy w tej gonitwie. Wydaje się, że im bardziej udoskonalamy świat, tym mniej jest on doskonały. Bo skąd czerpiemy wzorce?

Właściwie nie wiem, co doskonałego jest w szkole, w której co chwilę wybucha jakiś akt przemocy. W której kiedyś nauczyciel był autorytetem (choć rzecz jasna, nie zawsze słusznie), a teraz autorytetów niemalże brak.  Dlatego wydaje mi się, że kiedyś jednak żyło się doskonalej. Wtedy kiedy piło się wodę ze studni i jadło marchewkę prosto z pola. I jakoś mniej czuliśmy się wtedy (nie)doskonali.

 Marysia

 
Michal Krupa