Ile tak naprawdę da nam Unia?

Zacznijmy od tego, że ile by ta Unia nie „dała”, to i tak każda złotówka i każde euro musi przejść przez ręce polskiego urzędnika. Koniec, kropka. Jeśli Unia nam coś „daje”, to i urzędników do tego rozdawnictwa trzeba zatrudnić. I to niemało.

Gdy rząd Jerzego Buzka robił reformę administracyjną, powołano urzędy marszałkowskie w miastach wojewódzkich. W moim mieście początkowo taki urząd zajmował kilka biurek w Urzędzie Wojewódzkim i liczył około 20 głów. Nie wiadomo było, po co ten urząd (tzn. zwykli ludzie nie wiedzieli, bo żadnych spraw się tam nie załatwiało), ale był. Wkrótce okazało się, że te urzędy zajmą się wydawaniem pieniędzy z Unii. Przez te prawie już 15 lat urząd rozrósł się do tysiąca etatów, ma pod sobą 17 jednostek podległych (m.in. szpital psychiatryczny czy przedsiębiorstwo zajmujące się produkcją kruszyw), najbardziej monumentalny budynek w mieście, bardzo wysokie wynagrodzenia dla urzędników i w czasach kryzysu na rynku pracy jako jedyny wciąż zatrudnia. Nic tylko pogratulować pełnego sukcesu panu premierowi, że zapewni napływ gotówki do tego typu instytucji na następne siedem lat. Ciężko tylko oczekiwać, że od tego większości Polaków cokolwiek się poprawi.

Czytelników „NCz!” na pewno nie ucieszy informacja o tym, że wraz z pieniędzmi unijnymi przede wszystkim rozrasta się polska biurokracja. Swego czasu podczas rozmowy z jednym z uniourzędników zajmującym się wymyślaniem programów, na które można wydać pieniądze, chcąc trochę dogryźć mojemu adwersarzowi, powiedziałem: „oj, dostaniecie po kieszeni w nowym budżecie”, naiwnie licząc, że Brytyjczycy coś tam rozmontują. Mój rozmówca szybko mnie zripostował ze śmiechem: „jestem spokojny, bo już jest nas za dużo i nie mieliby co z nami zrobić”. Gdy to powiedział, uświadomiłem sobie, że to on ma rację. Urzędników – nie tylko w Polsce – zajmujących się rozdawaniem pieniędzy podatników w postaci różnych dotacji zwanych unijnymi jest już na tyle dużo, by nie można było z nich zrezygnować. Parafrazując znane powiedzenie o bankach: „urzędników unijnych jest zbyt dużo, by miało to upaść”. Oczywiście dopóki ktoś to finansuje, ale próżno wypatrywać w Europie polityków mających wpływ na przebieg wydarzeń, którzy powiedzieliby „koniec” temu bizantyjskiemu rozpasaniu.

Warto jednak policzyć tych urzędników. Jeżeli na województwo warmińsko-mazurskie (1,45 mln mieszkańców) przypada około tysiąca urzędników z urzędu marszałkowskiego, zajmującego się głównie rozdawnictwem pieniędzy unijnych, to na całą Polskę w tych urzędach będzie około 26 tys. takich urzędników. Dodatkowo w Urzędzie Miasta w Olsztynie (180 tys. mieszkańców) dotacjami zajmuje się około 35 urzędników plus około połowy z działu inwestycji (czyli 15 urzędników), co łącznie daje około 50 urzędników. W innych urzędach i instytucjach publicznych (szpitale, policja, straż pożarna, urząd pracy) również są samodzielne stanowiska od funduszy unijnych – można przyjąć, że tych etatów jest drugie tyle co w urzędzie miasta, czyli kolejne 50 osób. Czyli na 180-tysięczne miasto przypada (oprócz urzędu marszałkowskiego) co najmniej 100 osób od funduszy unijnych. Ekstrapolując tę liczbę na Polskę, będzie to ok. 22 tys. urzędników w urzędach gminnych i powiatowych. Wychodzi więc 48 tys. urzędników, a jest przecież jeszcze Ministerstwo Rozwoju Regionalnego i cała masa centralnych instytucji (np. PARP) oddelegowanych tylko do wydatkowania pieniędzy z Unii.

Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad ostatnio też w całości podporządkowała się projektom unijnym. Dlatego jeśli przyjmiemy, że z tych 120 tys. urzędników, których przybyło od 2007 roku (czyli początku obecnego budżetu unijnego), około 70 tys. zawdzięczamy Unii, to nie będzie to liczba daleka od stanu faktycznego – raczej będzie nawet lekko zaniżona.

Obecnie urzędnicy od dotacji zarabiają o około 40% więcej niż średnia krajowa, czyli będzie to około 5200 złotych brutto. Wraz z wszystkimi składkami da to 6280 złotych. Przyjmując wg cen stałych na siedem lat, da to 527 tys. zł na jednego urzędnika od funduszy europejskich w Polsce. Mnożąc to przez 70 tys. (czyli znowu zakładamy, że już nikt nowy nie zostanie zatrudniony), otrzymamy kwotę 37 mld złotych. A jeśli założymy, że pensje będą realnie rosnąć o około 3% (takie mniej więcej założenia na ten okres przyjmuje Zakład Ubezpieczeń Społecznych), to kwota ta wyniesie 40 mld złotych. Co najmniej tyle wydamy na same pensje urzędników. A musimy jeszcze pamiętać o miejscach pracy dla nich, dodatkach, komputerach, szkoleniach, podróżach (bardzo dużo ci urzędnicy muszą jeździć, żeby wymieniać się swoimi spostrzeżeniami z innymi urzędnikami – w Portugalii, Grecji czy Hiszpanii). Pójdzie na to co najmniej 20 mld złotych. Czyli łącznie wydamy przez siedem lat 60 mld złotych na urzędnicze miejsca „pracy” od wydawania funduszy unijnych w dzisiejszej wartości pieniądza (czyli bez inflacji).

Media ochoczo podały wartość kwoty, która Polska wynegocjowała – 440 mld złotych, podczas gdy w euro jest to 106 mld. Wg dzisiejszego kursu się zgadza, ale raczej w perspektywie siedmioletniej to będzie trochę inna kwota, bo w ostatnich latach kurs wahał się pomiędzy 3,1 a 4,8 złotego za euro. Powinniśmy więc raczej przyjąć wartość 392 mld złotych. Dlaczego właśnie 392 mld? Ano dlatego, że to rząd przyjął, iż w latach 2014-2020 średni kurs euro w Polsce wyniesie 3,7 złotego. Więc trzymajmy się tych wyliczeń, bo chyba nie zostały wzięte z sufitu. Dodatkowo gdy rząd chwali się, że uzyskał o ok. 4,5 mld euro więcej niż w poprzednim budżecie, to należy się tylko zaśmiać.

Po pierwsze – nie uwzględniono inflacji, a po drugie – znacząco wzrośnie nam składka. O ile w latach 2007-2013 nasza składka do Unii wyniosła około 24,4 mld euro, czyli netto teoretycznie otrzymaliśmy ok. 78 mld euro, o tyle nasza składa na lata 2014-2020 powinna już wynieść ok. 40 mld euro (obliczenia Tomasza Urbasia), czyli netto do Polski napłynie ok. 66 mld euro w cenach stałych. Jak na oficjalny przekaz w mediach o co najmniej dużym sukcesie, liczby trochę się nie zgadzają. Ale w nowomowie tak jest, że 66 mld znaczy więcej niż 78 mld.

Polska nie jest żadnym wielkim wygranym tego szczytu, tylko gigantycznym przegranym. Nasze obciążenia podatkowe z tytułu składki wzrosną prawie o 70%, a świadczenia – o 4%. Trochę słabiutko. A na składkę będziemy składać się wszyscy. Pójdzie trochę z VAT, trochę z ceł, trochę z kwot mlecznych i cukrowych, no i od rosnącego PKB. Czyli saldo netto w najlepszym razie wyniesie 66 mld euro, czyli po kursie euro wynoszącym 3,7 zł – 244,2 mld złotych.

Pozostałe koszty bycia w Unii:

Dość dużym kosztem jest wypełnienie wniosku o dotację unijną, tym bardziej że (na podstawie danych Ministerstwa Rozwoju Regionalnego) spośród poprawnie złożonych wniosków o finansowanie tylko 64,5% może liczyć na dofinansowanie z Unii, które będzie stanowić ok. 70% wydatków. Czyli spośród poprawnie złożonych wniosków na inwestycję, z Unii pójdzie forsa na 44,5% wartości inwestycji. Autor „NCz!” Tomasz Cukiernik – który opracował swego czasu rewelacyjny bilans naszej obecności w UE, z którego wynikało, że dokładamy do UE, zamiast z niej cokolwiek wyciągać – stwierdziłby że to koszt poniesiony przez gospodarkę. Ludzie napracowali się nad złożeniem wniosku i nic z tego nie wynikło. Poświęcili czas i pieniądze nadaremnie. Jestem tu przeciwnego zdania. Jeżeli ktoś liczy, że rozwinie swoją firmę poprzez unijne dotacje, to jest szkodnikiem i nie żal mi takich ludzi, którzy tracą czas na zabawę z urzędnikami. Nie potępiam ich, być może sam kiedyś tak zrobię, ale też mi ich nie żal. Trudno to klasyfikować jako koszt. Może byłoby lepiej dla rynku, by osoby chcące rozwijać swoje firmy dzięki dotacjom potraciły właśnie pieniądze na przygotowanie wniosków o te dotacje, zbankrutowały i zrobiły miejsce dla zdrowych przedsiębiorstw?

Na rynku, na którym działa moja firma (profesjonalne elementy do nitowań), mój największy polski konkurent jest beneficjantem wielu programów europejskich. Proszę mi wierzyć, że ciężko konkuruje się z kimś, kto wyciąga z Unii 1,5 mln złotych. Chyba jednak lepiej dla rynku, by takich firm było jak najmniej. Dlatego liczenie składania wniosków jako kosztu naszego uczestnictwa w UE uważam trochę za rozumowanie fałszywe. Musielibyśmy wtedy inaczej też liczyć przychody (proszę mi wierzyć, że wiarygodność polskich przedsiębiorstw po wejściu do UE wzrosła automatycznie znacząco, np. poprzez fakt że niemieckie czy włoskie firmy nie boją się kredytować polskich przedsiębiorstw kredytem kupieckim). Przyjmijmy, że niepoliczalne koszty bycia w UE równoważą się z przychodami.

To, co da się policzyć, to saldo netto na papierze minus koszt zatrudnienia urzędników minus koszty kredytu. Mowa o kredycie na finansowanie pomostowe. Bo żeby dostać unijną dotację, trzeba najpierw sfinansować inwestycję. Jeżeli mówimy o przedsiębiorcach, to takie kredyty sięgają ok. 10% w skali rocznej plus prowizja za rozpatrzenie. W przypadku państwa polskiego jest to raczej 5% rocznie i bez prowizji. Trzeba jednak założyć średnią ok. 8% rocznie. Czyli trzeba by odjąć około 8% ze wszystkich dotacji jako koszt finansowania.

Per saldo zatem wychodzi:

1. unijne dotacje = 106 mld euro;

2. koszt prefinansowania otrzymania dotacji = 106 mld euro – 106 mld euro × 8% = 97,5 mld euro;

3. unijna składka = 40 mld euro;

4. zostaje 57,5 mld euro × 3,7 (kurs euro) = 212,7 mld złotych;

5. koszt urzędników w Polsce = 60 mld złotych.

Zatem w najlepszym wypadku Polsce zostanie netto na te inwestycje infrastrukturalne i dotacje dla rolników ok. 152,7 mld złotych. Gdy podzielimy to na siedem lat, wychodzi ok. 22 mld złotych rocznie. Może i jest się czym podniecać i udawać, że za tę kwotę zmodernizujemy kraj, wykonamy skok cywilizacyjny itp., ale warto przypomnieć że jest to ok. 1,3% całego PKB Polski. I warto też wspomnieć, że gdy minister finansów źle oszacował zeszłoroczne wpływy podatkowe w Polsce, myląc się o około 20 mld złotych, to nikt tego nawet nie zauważył.

Marek Langalis

Przedruk za www.nczas.com

 
Michal Krupa