Grudzień ‘70 - jak go pamiętam

                W grudniu 1970 roku mieszkałem w Gdańsku. Byłem uczniem liceum, którego siedziba znajdowała się około 200 metrów od bramy nr 2 Stoczni Gdańskiej. To tam 16 grudnia zginęli protestujący pracownicy stoczni.

Żeby zrozumieć to, co się wydarzył trzeba się cofnąć do tamtych lat. Polska była wtedy państwem rządzonym przez komunistów i najważniejszą organizacją była Polska Zjednoczona Partia Robotnicza (PZPR). Przedstawiciele tej partii mieli decydujący głos i od nich wszystko zależało. Oni mieli większość w ówczesnym sejmie i rządzie. Ważniejszy był I sekretarz Komitetu Centralnego PZPR niż prezydent, zwany wtedy przewodniczącym Rady Państwa. Tak samo było w terenie. Ważniejszy był I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego, Miejskiego czy

Zakładowego niż wojewoda, prezydent miasta czy dyrektor zakładu. To partia decydowała o wszystkim. Życie nie było w tym czasie łatwe. Wynagrodzenia nie były wysokie a w sklepach brakowało towarów. Szczególnie odczuwano to w okresie świąt. Taki towar jak szynka, a była wtedy po prostu szynka nie tak jak dzisiaj babuni, dziadunia, od Szymona, wiejska itp., pojawiała się tylko w okresie świąt. Również podobnie działo się z innymi towarami. Jeżeli popsuła nam się pralka i trzeba było kupić nową, to nie wystarczyło zebrać odpowiednią kwotę, ale trzeba ją było „upolować”, czyli trafić do sklepu w dniu, w którym akurat je dostarczono do niego. Również wszechobecne dzisiaj w sklepach pomarańcze i cytryny w sklepach pojawiały się tylko w miesiącach świątecznych.

W momencie szykowania się do świąt Bożego Narodzenia postanowiono, jak to wtedy nazywano dokonać „regulacji cen”. Polegało to na tym, że artykuły spożywcze miały podrożeć nawet o 30% a artykuły przemysłowe potanieć. Tylko co z tego, że cena gwoździ została obniżona, jeżeli szynka miała być droższa i jeszcze jej nie było. Wiadomość o zmianie cen krążyła, ale ogłoszona została dopiero 12 grudnia, w sobotę po południu na zebraniach partyjnych w zakładach pracy. Należy wyjaśnić, że w tamtym czasie soboty były pracujące - 6 godzin, a w szkołach i na uczelniach w soboty odbywały się zajęcia. Co ciekawe niedziela 13 grudnia była tzw. niedzielą handlową, co oznaczało, że wszystkie sklepy będą otwarte. W tamtych czasach w niedzielę wszystkie sklepy a nawet stacje benzynowe były zamknięte (otwarta była tylko jedna dyżurna w całym mieście i tylko można było kupić paliwo nie był to mini market jak teraz).

Poniedziałek 14 grudnia miał być normalnym dniem zajęć szkolnych. Lekcje zaczęły się jak zwykle o godzinie 8.15 i przebiegały według planu. Jednak na tzw. dużej przerwie powstało wielkie poruszenie i wszyscy uczniowie ruszyli do okien na korytarzu, które wychodziły na ulicę Wały Piastowskie. Całą ulicę wypełniał tłum ubrany w kombinezony robocze. Niektórzy w kaskach ochronnych na głowach. Przemieszczał się on od bramy stoczni w kierunku centrum miasta. Natychmiast odezwał się dzwonek, kończący przedwcześnie przerwę. Uczniowie musieli udać się do klas. W klasach, w których okna wychodziły na ulicę nie wolno było przez nie wyglądać, a uczniowie w miarę możliwości mieli siedzieć jak najdalej od nich. Lekcje dalej przebiegały według planu, po których udaliśmy się do domu. Na ulicach było spokojnie, ale wyczuwało się, że coś się dzieje. Część robotniczego pochodu po godzinie dwunastej znalazła się na terenie stoczni. Milicja na ulicach pojawiła się też po południu.

We wtorek 15 grudnia lekcje mieliśmy zacząć o godzinie 7.30 lekcją zerową - dodatkowa matematyka. Lekcja nie odbyła się, bo nauczycielka nie dotarła do szkoły. Jak się okazało robotnicy ze stoczni wyszli o godzinie 7.00 pochodem pod siedzibę Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Lekcje tego dnia odbywały się według planu, ale nie wszyscy nauczyciele i uczniowie na czas dotarli do szkoły. Budynek szkolny zostaje zamknięty. Wejście jest możliwe tylko jednymi drzwiami od podwórza pilnowanymi przez panie sprzątaczki. Nie wolno wyglądać i otwierać w klasach okien od ulicy. W ciągu dnia słychać odgłosy strzałów, wybuchów i widać latające nad miastem helikoptery. Po godzinie dwunastej nauczyciele ogłaszają uczniom, że zajęcia w szkołach są zawieszone do odwołania i pod kierunkiem nauczycieli mają udać się do domu. Pod szkołą formują się grupki uczniów, którzy w towarzystwie nauczyciela udają się w tą samą część miasta. Idąc ulicami bocznymi do domu można zauważyć, że na ulicach prawie nie ma ludzi. W oddali słychać wybuchy, wystrzały i przygłuszone przez odległość odgłosy tłumu. W centrum widać płonący budynek, z którego buchają płomienie a wokół niego krąży helikopter. Takie odgłosy towarzyszą mieszkańcom do wieczora. Wtedy to w miejscowej telewizji kilkakrotnie jest odczytywany komunikat o ogłoszeniu godziny milicyjnej od 18.00 do 5.00 dnia następnego i zakazie poruszania się po mieście. Wieczorem na ulicach pojawiają się odkryte samochody milicji, w których siedzą milicjanci ubrani w kaski i trzymający w rękach długie pałki. Takie samochody krążą do nocy.

Następnego dnia od rana słychać ogłaszane przez megafony komunikaty o zawieszeniu pracy w stoczni i nawołujące robotników do jej opuszczenia. Komunikaty te ogłaszano przed stocznią z głośników umieszczonych na samochodach. Było je słychać w całym mieście gdyż był to dzień, w którym wiał silny północny wiatr. Po południu z moim tatą udajemy się na „spacer” po mieście. Wszędzie widać uzbrojone patrole milicji, a miejscami wojska. Ulice są posprzątane, ale widać ślady walk. W niektórych sklepach są powybijane szyby a w środku  zniszczone elementy wyposażenia. Na ulicach w kilkunastu miejscach jest stopiony asfalt. Najgorzej wyglądają budynki dworca głównego i komitetu wojewódzkiego PZPR. Dworzec w środku wypalony i z powybijanymi oknami. Komitet spalony, okna pozbawione szyb, okopcone ściany i brak dachu. Wygląda jak ruina, pozostałość po wojnie, bo takich w Gdańsku w tych latach nie brakowało.

Grudzień to miesiąc oczekiwania i radości. Jednak dwa grudnie w historii Polski zapisały się smutkiem, przerażeniem i żałobą. Był to grudzień 1970 i 1981 roku.

Tadeusz Łuniewski

 
Michal Krupa