Niczego nie żałuje

       Niczego nie żałuje. Uważa, że wszystko w życiu ma swój sens, czegoś nas uczy. Rozwój duchowy jest dla niej kluczem do szczęścia. Dlatego wierzy w reinkarnację. Jej zdaniem nie jesteśmy w stanie w pełni  rozwinąć się duchowo w trakcie jednego życia. Jest kobietą sukcesu, chociaż sama tak nie uważa. Lekarz, przedsiębiorca, matka. Co daje Pani Beacie Bartnik siłę w życiu?

E.W.(Ewa Wyszomierska) Przyznam, że widać w Pani taki spokój, widzę Panią zawsze uśmiechniętą. Wydaje się, że jest Pani w takim momencie życia, że jest szczęśliwa.

B.B. No nie zawsze, ale nasz uśmiech oddziałuje na innych. Tu nie ma mądrych. Każdy ma jakąś swoją filozofię. Ja się cieszę, że jestem w takim punkcie. Nauczeni jesteśmy innych rzeczy, umartwiania się. Staram się uczyć bezpieczeństwa i ufności do innych ludzi, nie możemy bać się ludzi.

E.W. Pani chyba się nie boi. Wybudowanie własnej przychodni wymagało dużej odwagi. Jest pani zadowolona?

B.B. Chciałam swego rodzaju wolności, swobody. Czegoś swojego, aby mieć wpływ na to, co tam będzie się działo. Była z tego wielka frajda. Najwięcej się dzieje w relacjach człowiek - człowiek. Czasami wychodzą niespodzianki, na które nie mamy wpływu. Uczę się , by w trudnych sytuacjach nie denerwować się. Nie jest to łatwe, ale trzeba starać się, spojrzeć na sytuację ze spokojem, że czegoś ma nas ona nauczyć. Czasami wydaje się, że jakiś człowiek jest zły, bo awanturuje się, krzyczy. Jest taka koncepcja, by spojrzeć na niego łagodniej. Im bardziej ktoś jest nerwowy, tym bardziej szuka miłości. Sam nie radzi sobie. Agresja, złość biorą się stąd, że nie potrafi on znaleźć sobie miejsca w życiu. Taka podświadoma krzyko-miłość. Jak na niego spojrzymy podświadomie ze spokojem, miłością… uspokaja się, wycisza. W ten sposób pracuję z pacjentami. Gdy ktoś przychodzi niezadowolony, pełen narzekań, to łagodne spojrzenie i tolerancja jakby go odczyniało. Jest taki podświadomy odbiór, że ludzie się zmieniają. Życie wydaje się takie ciężkie, trudne, ale gdybyśmy umieli więcej miłości względem drugiej osoby okazać i o sobie z większą miłością pomyśleć, byłoby łatwiej. Jesteśmy zapędzeni, życie tak wciąga, wkręca, że uciekają kontakty, coraz rzadziej się spotykamy, coraz rzadziej rozmawiamy ze sobą. A jakby tak popatrzeć sobie w oczy, żeby był jakiś przekaz pozawerbalny, przyjaźń, zadowolenie, zrozumienie to naprawdę dużo się może wydarzyć.

E.W. Ma pani rację, zapędzamy się i dopiero zatrzymujemy, jak się coś złego w naszym życiu wydarza, wtedy zmieniamy spojrzenie na życie.                                                                                            

B.B. Wielkie rzeczy rodzą się w bólu.

E.W. To prawda, dobre rzeczy nie uczą nas tak, jak złe, trudne. Rozumiem, że to łagodne spojrzenie, szukanie w ludziach dobra, jest jakimś Pani sposobem na problemy codzienności?

B.B. Jest taka filozofia, że jak będzie nam tak bardzo źle, to wydobywają się takie wewnętrzne moce i człowiek myśli  „Nie mogę tak dalej. Muszę coś zmienić, muszę zacząć żyć inaczej.” Największe rzeczy rodzą się, jak jesteśmy w tej czarnej dziurze, jak jesteśmy w załamaniu. Wyzwalają się wtedy siły obronne organizmu, który mówi „Zaraz, możesz przecież inaczej”. Wydaje nam się, że cierpienie, życie w męczeństwie, jest naszym sposobem na życie, że jak będziemy takimi cierpiącymi osobami, to w jakiś sposób zasłużymy się. Sami sobie to narzucamy lecz możemy dokonać wyboru i zamiast widzieć wszystko w ciemnych kolorach, spojrzeć na życie z pewnego dystansu, dostrzec jego jasną stronę, pełną radości, miłości, zadowolenia, szczęścia. To jest nasz wybór. Jak się dzieje coś fajnego, to jest nam przyjemnie, cieszymy się, ale w tych gorszych momentach trzeba zrobić niejako trzy kroki do tyłu. Złapiemy wówczas nieco dystansu do tej sytuacji. Przecież nie zmienię tego, więc co mogę zrobić? Mogę nadal zachować spokój, nadal być szczęśliwy, nadal cieszyć się życiem. Sytuacja trudna nie musi mnie złamać.  Jak będziemy każdą drobną porażką załamywać się i uważać za nieszczęśliwą osobę, to nic dobrego w życiu nie znajdziemy. Tłumaczę tak też pacjentom, to my dokonujemy wyboru, albo wybieram tą jasną stronę, albo ciemną. Mogę zostać w lęku i cierpieniu, albo powiedzieć nie. Mogę dalej zachować spokój, mogę być zadowolony, mogę być szczęśliwy i pełen miłości.

E.W. W ten sam sposób uczyłam się żyć po ciężkich wydarzeniach i wiem, że to się sprawdza, ale chyba nie wiele ludzi próbuje w ten sposób żyć.

B.B. Ciężko się przebić, bo to już w mentalności mamy. Spotyka się dwoje ludzi i rozmawiają:  - Co tam? A daj spokój, ten chory, ten umarł, a tu bieda, pieniędzy nie ma. Nikt nie powie: - Słuchaj, jestem szczęśliwy, jestem zadowolony, dzieci to, ja tamto. Wszystko się układa, a nawet jak się nie układa to i tak jestem szczęśliwym człowiekiem. Prawda? O ile byłoby przyjemniej?

E.W. No tak, my licytujemy się w tym kto bardziej cierpi, komu bardziej „pod górkę”.

B.B. Ludzie uważają, że to nie wypada mówić o sobie, o innych w pozytywach, że lepiej niech nie myślą, że mi za dobrze.

E.W. Boimy się zawiści, nie chcemy pokazać, że jest nam za dobrze, bo ktoś nam będzie źle życzył.

B.B. Trochę poprzestawiane jest to wszystko. Namawiam swoich pacjentów do pozytywnego myślenia. Nawet będąc w chorobie, nie muszą  koncentrować się na niej. Często biorą się one z naszego umysłu, z naszego cierpienia. Często mówię, aby pacjenci pisali taką afirmację, proste słowa, jestem szczęśliwy, jestem zadowolony, jestem bezpieczny, czuję się dobrze, najróżniejsze, co komu pasuje. Radość, akceptacja, zadowolenie, ciało to odbiera i zaraz jest zwarte, gotowe, ma być zdrowe, szczęśliwe, zadowolone. Jeżeli w głowie powstanie „chora” myśl, to będę chora, chory, bo „rozkaz” z umysłu poszedł, że mam być chory. Nauka to ewidentnie przebadała, nasz organizm w ten sposób działa. Tylko my nie możemy jeszcze w to uwierzyć, że wybór jest w głowie. My jesteśmy decydentem.

E.W. Pani Beato, studiowała pani psychologię?

B.B. Nie (śmiech), nie jest tak, że coś się dzieje bez naszego wpływu. Wiadomo, że nikt nie mówi, chcę być chory, ale obawiamy się choroby, wyzwalamy lęk przed chorobą, w końcu ściągnie on nam tę chorobę. Podobnie możemy postąpić, gdy mamy kogoś chorego, cierpiącego. Nie koncentrujmy się na jego cierpieniu, spójrzmy na niego widząc go w dobrym zdrowiu. Nie musimy nawet nic mówić, jeżeli wyślemy komuś takie pozytywne wsparcie, spojrzymy na niego z miłością, osoba ta gdzieś tam to odbiera i zaczyna się lepiej dziać. Często też mówię do matek jak przychodzą z dziećmi, że im więcej lęku w wychowywaniu dzieci, czy nie zachoruje, czy się nie przeziębi - to są cały czas nasze lęki. Im bardziej matka zamartwia się o nie, to dziecko zaczyna to odbierać. Jak jest przestraszona matka, to dziecko choruje bez przerwy. Matczyną miłością nie jest przekazywanie lęków. Ja tak na swoich dzieciach się uczę. Myślenie pozytywne, pełne ciepłego wsparcia, odzwyczajam się od lęku, cały czas chcę widzieć je bezpieczne. Gdzieś tam wysyłam tą emanację szczęścia dla nich, tego zdrowia dla nich i oni to odbierają. Lepiej się wszystko układa. Pozytywne wsparcie, a nie strach i lęk, zamartwianie się i narzekanie. Warto to coś zmienić w sobie. Dostrzeżmy w sobie pozytywną iskierkę, mimo trudności.

E.W. Szczęśliwe dziecko wychowuje szczęśliwa matka. Nie łatwo jednak zmienić zachowania, w których wzrastaliśmy.

B.B. Wszystkiego musimy się uczyć,  drobnymi kroczkami, pomalutku. Taką ideę trzeba w sobie zaszczepić. Wiem po sobie, bo lekarz lekarzem, ale zajmowałam się tego rodzaju własnym rozwojem duchowym, poszukiwaniem swojego wnętrza. Zrozumieniem kim naprawdę jestem, czy tylko mocno przy ziemi, czy coś bardziej duchowego.

E.W.  A co na to Pani córki, to bardzo młode dziewczyny, nie łatwo im chyba zrozumieć taki bardzo dojrzały światopogląd mamy?

B.B. Uczę je, młodsza to już trzynastolatka, rozmawiamy często ze sobą i to w nich zaszczepiam. Ona też mi powiedziała, mamo tylko nie mów za dużo o miłości. Czasami jak coś przeskrobie, nie krzyczę, tylko popatrzę na nią z miłością, a ona mówi mi, żebym nie patrzyła tak na nią, czyli tą miłością można więcej.

E.W. Starsza córka już studiuje? Sama wybrała kierunek?

B.B. Ja wspieram ją w tym co ona wymyśli, nie narzucam sama, nie podpowiadam. Uważam, że trzeba się wsłuchać w siebie, żeby robić coś później z frajdą. Praca ma cieszyć, a nie być tylko obowiązkiem. Zawsze mówię postaraj się wsłuchać co chcesz robić, w czym będziesz szczęśliwa i to rób. Także chciała iść na afrykanistykę, poszła. Wspieram ją w jej wyborach. Zawsze mówię masz moje wsparcie.

E.W. Rozmawiałyśmy parę lat temu, kiedy szykowała Pani swoją przychodnię, że będą jakieś zajęcia z jogi…

B.B. Tak, była wtedy wizja jogi, medytacji. Lokal jest odpowiednio przygotowany, ale tak jakoś odeszła mi chyba ta joga.                                                                                                                                                     

E.W. Tak myślę w kontekście tego o czym rozmawiamy, może przydałyby się właśnie takie warsztaty pozytywnego myślenia?

B.B. Sporo rozmawiam w gabinecie, z pacjentami, jak jest chwila czasu. Teraz grypa, po kilkadziesiąt osób codziennie przyjmuję, więc jest taki ekspres, ale rozmawiam z pacjentami. Czasem pacjent bez recepty może wyjść, ale jak się z nim tak chwilę porozmawia, coś tam fajnego zaszczepi, to wychodzi zadowolony i już się czuje lepiej.

E.W. Czyli często przychodzą się pacjenci po prostu wygadać?

B.B. Tak, cały czas próbuję, ale wielu nie może się jeszcze przełamać. Myślę, że ta góra ruszy, ale też nauczyłam się poddawać. Nie spinać, nie narzucać sobie, nie walczyć, gdyż każdy ma jakiś swój pogląd na życie. Wydaje nam się, że szczęśliwi będziemy jak zdobędziemy to i to, jak nam się ułoży to i tamto, że to zapewni nam szczęście. Ja też tak myślałam, wymyśliłam swoją przychodnię, że tam na górze będzie takie Aniołowo, będzie joga, medytacje. Budowa pięknie szła, wszystko się pięknie układało, ale później gdzieś to się wyciszyło. Trzeba się umieć poddawać w sensie pozytywnym. To nie jest rezygnacja, to nie jest wycofanie się z życia. Tylko jednak życiowa mądrość. Spróbujmy się poddać prowadzeniu. Nie wiem, ktoś jest wierzący, nie wierzący, uważam, że gdzieś tam jest jakiś Boski plan nad tym wszystkim i jak sobie czasem powiemy Panie Boże prowadź, Ty wiesz co dla mnie najlepsze, może moja wizja nie jest dobra, ta najwłaściwsza. Podobno, bo nauka też już to udowodniła, nasze życie jest zdeterminowane, że główne punkty, główne wyznaczniki są już gdzieś tam zaplanowane. Możemy małe kroczki zmieniać, ale główne punkty naszego życia są już ustalone. Jeżeli tak jest, to lepiej im się poddać, bo wtedy mój plan będzie się realizował, a jak będziemy walczyć, wymyślać swoje filozofie - będzie nam trudniej, stracimy energię, emocje, zdrowie na walkę, z której nic nie wyniknie. Albo to zrozumiemy, albo całe życie przewalczymy. Dojrzałam do tego, że jak coś nie idzie, to się wycofuję, widocznie to nie to, poddaję się prowadzeniu. Wewnętrzna mądrość wie co ma być.

E.W. Przyznam, że próbowałam już medytacji i nie jest to łatwe.

B.B. Jak spróbujemy nasz umysł wyciszyć, to czujemy kontakt z naszym wnętrzem. Medytowałam już od czasów studiów. Uzyskanie wewnętrznego spokoju jest tak niesamowite, to jest taka radocha, wielka miłość, taki ogromny spokój. Robiąc coś dla siebie, robimy też dla innych. To są oczywiście moje przemyślenia, nie każdy ma to podzielać i przytakiwać, ale dla mnie się to sprawdza. Jak człowiek coś dobrego zrobi, to inni podświadomie to odbierają. Praca nad sobą jest też  pracą dla innych. Jeśli spojrzymy na to w szerszym kontekście, to okaże się, że nie jest to egoistyczne podejście. Chyba to są takie czasy, że ludzie muszą się otwierać na swoje wnętrze.

E.W. Tak przecież jest, że spodziewamy się złych rzeczy, że coś złego się wydarzy i włącza się w nas lęk, boimy się następnego nieszczęścia. Boimy się pozytywnie myśleć, bo zaraz coś na nas spada.

B.B. No właśnie, oczekujesz na nieszczęście, to proszę bardzo… otrzymujesz. W ubiegłym roku w drodze powrotnej z Warszawy miałam wypadek samochodowy. Jechałam z córką. Trochę było ślisko. Hamuję, bo samochód przede mną hamuje, a hamulce nie hamują. Jadę,  patrzę, „wprasowuję się” w samochód przede mną. (…) Zjechałam na pobocze z zupełnym spokojem, na takim luzie. (…) Jak przyjechałyśmy do domu zrozumiałam, że złe wydarzenie może nas niejako uwolnić. Nie wiem, jak to się zadziało, ale zrozumiałam, że takie rzeczy nie mają znaczenia. Spojrzałam na to wszystko z innej perspektywy. Byłam ponad tym wszystkim, a rozbity samochód - rzecz materialna. Poczułam wolność od rzeczy materialnych, wręcz roześmiałam się. Mamy wolę tworzenia. Bóg tworzy, ale my też tworzymy. Nic złego Bogu nie zrobiliśmy, on nas kocha i chce żebyśmy byli szczęśliwi, sami się tego wyrzekamy, bo myślimy, że tak będzie bezpieczniej. Dokonujemy wyboru, czy chcemy być szczęśliwi, czy chcemy cierpieć. Bardzo w to wierzę.

 
Michal Krupa