Jerzyska, cz. II (VI)

                Wydaje się, że brniemy przez bagna godzinami, a to były tylko minuty. Mokradła w jednym miejscu sięgają po kostki, w innym po ramiona. Brata Zdzisława musiałem wspólnie z Stachem nieść na rękach. Jego półtora metra wzrostu powodowało, że woda sięgała mu do nosa. Dowódca przejmuje ode mnie dowodzenie. Lepiej teraz wygląda, chyba uporał się ze swoimi problemami. Cieszę się jego optymizmem. Znając wojskowy „nos” dowódcy, mam pewność, że wyprowadzi nas z tarapatów. Ciągnę nogę za nogą. Jak ciężko. Gonię resztką sił... Marzę o suchym lądzie. Mam już dość tej brudnej, czarnej brei. Wszystko mokre, błoto wciska się wszędzie. Ale miło chłodzi (...)

                Najważniejsze, że Niemcy stracili z nami kontakt. Czas upływa szybko, słońce chyli się ku horyzontowi. Bagna stają się płytsze. „Wilk” informuje nas, że za chwilę staniemy na twardym gruncie, okazuje się, że bagna niesą duże. Z uwagi na to, że na suchym gruncie mogą czekać na nas Niemcy, „Rafał” zarządza przygotowanie broni. Powoli wychodzimy z bagien.

Niemców nie widać. Co dalej? Jakie jest najlepsze rozwiązanie przy przebijaniu się przez pierścień okrążenia? Dowódca powraca do swojego dawnego pomysłu i dzieli naszą 16-osobową grupę na3-4 osobowe zespoły. Kręcę głową na znak dezaprobaty... „Rafał” zezwala na opuszczenie oddziału przez kilku kolegów. Posiewkowie proponują dowódcy schronienie dla nas we wsi, ale Kajtek odmawia. Słusznie uważa, że kilkunastu uzbrojonych partyzantów w małej wiosce to cały tłum. Nie było szans na ukrycie nas wszystkich przed okupantem. Uznajemy, że las jest lepszym miejscem kryjówki. Poza tym wydaje się, że Niemcy stracili z nami kontakt. Żegnamy się z kolegami, z którymi walczyliśmy wiele miesięcy.

                Tutejsi „Wilk” i „Dryblas” odchodzą w kierunku pobliskiej wsi, w której mieszkają ich rodziny. Ja zabieram z sobą braci: „Bossaka” i „Kmicica”, kpr. „Kwiatkowskiego” i „Kaczyńskiego”. Ruszamy na północ w kierunku Bugu. Razem z nami idzie grupa „Rafała” w składzie trzech osób. Korzystamy z tego, że Niemcy zostali po drugiej stronie bagien i raczej nie będą nas szukali na północy lasów łochowskich. Najgorsze jest to, że nie mamy pojęcia, gdzie się znajdujemy? Bracia Posiewka już na pewno są w domu… Kierujemy się na północ. Niemców chyba tu nie ma. Raczej powinni strzec linii frontu.

                Nad głową pojawia się znów „Storch”, samolot do pomocy w akcjach przeciwpartyzanckich. Pilot celowo obniża lot, prowokując do ostrzelania go z broni maszynowej. Wydałem kategoryczny zakaz używania broni przeciwko samolotowi. Chłopcy niechętnie na to przystają. Strącić samolot to by było coś!

                Jesteśmy głodni jak diabli, upalny dzień powoduje, że usta pierzchną. Musimy jak najszybciej znaleźć jakieś źródło wody. Idąc w kierunku Bugu, zataczamy koło. Niemcy nie przewidują, że jesteśmy koło ich pozycji, którą atakowaliśmy 14 sierpnia. Ile to już czasu błądzimy po lesie? Tracimy rachubę czasu... Gęsty las zamienia się w zagajnik, a potem w pojedyncze kępy drzew. Wreszcie przed nami otwiera się długa, otwarta przestrzeń! Nie mamy wątpliwości, tam na pewno są Niemcy! Nieliczne drzewa tworzą kępy leśne. Wyglądają jak wysepki zieleni na pustkowiu. Kiedyś tu był las, a teraz jest karczowisko po rabunkowej wycince. Zalegamy na skraju lasu, czekając na stosowną okazję do dalszego przedzierania się przez pierścień okrążenia. Z przodu wróg, z tyłu wróg! Cofać się? Czy iść naprzód?

                Za plecami znów słychać odgłosy zbliżających się Niemców! Sytuacja staje się fatalna. Powrót to odebranie sobie szansy wyjścia z kotła, atak to wielka niewiadoma. Nie ma wyjścia, trzeba ruszać naprzód. Postanawiamy podczołgać się możliwie najbliżej pozycji wroga, aby zaatakować z zaskoczenia. Tylko gdzie ten wróg? Z uwagi na bolącą nogę czołganie idzie mi wyraźnie lepiej niż chodzenie. Razem z „Kwiatkowskim” pełzniemy w szpicy naszej grupy, reszta tuż za nami. Po dwustu metrach docieramy do skraju zagajniczka, w którym Niemcy w sile drużyny zorganizowali sobie miejsce postoju. Zachowują się jakby byli na zapleczu wydarzeń. To chyba nie jest wojsko, które nas ściga? Może jakaś grupa maruderów albo żołnierze zaplecza?. Ku naszemu zaskoczeniu wróg nie wystawił ubezpieczenia, część żołnierzy posila się, część robi toaletę, a jeden goli się, zerkając w zawieszone na drzewie lusterko. Gdy ruchem ręki chciałem przekazać reszcie grupy, że odchodzimy w prawo, golący się Niemiec wrzasnął na cały głos:

- Achtung!!!Banditen!

Zapewne ujrzał nasze sylwetki w lustrzanym odbiciu albo coś innego zwróciło jego uwagę. Niemcy oderwali się natychmiast od swoich zadań i chwytali za broń. Dopiero teraz ujrzeliśmy, ilu ich jest! Mrowie, wysypywali się zewsząd. Chyba kilka plutonów... Zdążyłem tylko pomyśleć: - „Ja ci dam, bandyci” - i już seria z mojego empi leciała w kierunku wroga. Nie trzeba było celować, Niemcy byli wszędzie… „Kwiatkowski” siał ze Stena na prawo ode mnie. Niemcy nie wpadli w panikę, z ich zachowania widać było, że to frontowcy! Nasza grupa została ostrzelana z całej posiadanej przez nich broni. Nie było na co czekać, musieliśmy się wycofywać. Zaskoczenie trwało chwilę, teraz straciliśmy przewagę. Kule latały wokoło.

                Zauważyłem jak „Kwiatkowski” trafiony w okolice serca, osuwa się martwy na ziemię. Docieram do niego tylko po to, żeby stwierdzić, że nie żyje! Zginął kolejny dzielny żołnierz (...) Grupa gdzieś się rozproszyła. Bracia znikli... Gdy mam zamiar odskoczyć w las, otrzymuję postrzał w zdrową nogę! Na szczęście kula przeszła przez mięśnie i poleciała gdzieś w las. Teraz jestem jak kaleka bez sprawnych nóg! Odpełzam poza miejsce boju z nadzieją, że Niemcy nie zarządzą pościgu. Po godzinie czołgania, utykania zagłębiam się w las, w którym mam nadzieję spotkać kolegów, a przede wszystkim braci. Postanawiam odpocząć pod drzewem i poczekać na zbliżającą się noc. Nagle usłyszałem jakieś odgłosy i wyraźną polska mowę. Nadzieja wzrasta. Czyżby to koledzy? Po chwili ku wielkiej uldze stwierdzam, że bracia wraz z resztą grupy ,,Rafała'' biegli na pomoc. Witamy się serdecznie i chwilę odpoczywamy w milczeniu. Liczymy straty i opatrujemy rany. Dowiaduję się, że poległ „Kania”! Nasz kolega, z którym walczyliśmy ramię w ramię przez ponad dwa lata. Zginął kolejny wspaniały żołnierz!. Nasza grupa znów stopniała.

                Lasek się kończy, wychodzimy na łąkę, n a której pasie się bydło. Gasimy pragnienie wodą z kałuż. Pijemy, pijemy aż piasek nam osiada na wargach. Mętna woda smakuje jak źródlana. Zbliża się noc. Postanawiamy pozostać w lesie, gdyż wydaje się, że tu Niemcy nie będą nas szukać. „Rafał” postanawia pójść dalej. Żegnamy się z kolegami, życząc im powodzenia... Pozostajemy sami. Cieszę się z chwili oddechu i możliwości opatrzenia nogi. Robię sobie opatrunek i odpoczywam. Ciągnę resztką sił. Nie mam ochoty na nic, a zwłaszcza na czekający mnie marsz. Ból w nodze ustaje, krwawienie zatamowane. Ta ukąszona przez pająka wygląda gorzej niż postrzelona. Bracia robią okłady z babki lancetowatej. Przynosi to chwilową ulgę i koi ból. Boję się tylko, czy ,,spacer'' po bagnach i rany nie spowodują zakażenia. Słońce już zaszło, zapada zmrok, las sprawia wrażenie przyjaznego. Ukrywamy się w kępie drzew. Piekielnie zmęczony, obejmuję wartę jako pierwszy. Obserwuję jak bracia zasypiają... Powieki mam jak z ołowiu, same się zamykają. Co pewien czas mam wrażenie, że śpię... Po dwóch godzinach budzę Stacha, aby mnie zmienił, jednak brat jest półprzytomny, Zdzich podobnie. Nie ma wyjścia, muszę sam… Słońce budzi mnie ze snu. Chyba przysnąłem... Na szczęście Niemcy nie przejawiali większej ochoty na łażenie w lesie po nocy.

                Noc mija bez sensacji. odpoczynek dał nam siły do dalszego marszu. Gdy przecieramy oczy z resztek snu, ku naszemu zaskoczeniu widzimy, że kilkadziesiąt metrów od naszej kryjówki stoi samotna chałupa. Zapewne to bydło, z którym dzieliliśmy się wodą z kałuż należało do tego gospodarstwa. Postanawiamy poprosić o pomoc. Jesteśmy brudni, zarośnięci, głodni. Na nasze spotkanie wychodzi z chałupki jakieś dziecko. Dziewczynka zrobiła dziwną minę i umknęła z powrotem do domu. Za moment ku nam wychodzi zarośnięty gospodarz. Prosimy go o coś do jedzeni i picia. Ale spotykamy się z odmową. Chłop jest wyraźnie przestraszony!

- Panowie! Uciekajcie! Wczoraj byli tu Niemcy i pytali o was! Zagrozili, że jak wam pomożemy to spalą chałupę! - gospodarz wypowiadał te słowa tak szybko, jakby chciał się nas natychmiast pozbyć. Miał strach w oczach. Nasze prośby o pomoc nie robią na nim wrażenia. Człowiek panicznie się bał. Rozumieliśmy go doskonale. Troska o własne i rodziny życie była ważniejsze niż pomoc nieznajomym.

                Nie było rady, musieliśmy znów kryć się w lesie i czekać na okazję do dalszego marszu. Mam świadomość że znajdujemy się w pobliżu frontu, stąd teren jest nasycony wojskami wroga. Spotkanie z Niemcami wydaje się nieuchronne. Zbliżamy się do wsi Brzuza niedaleko Bugu. Inny świat... Żadnej walki, strzelaniny, Niemców... Gdyby nie odgłosy dobiegające z frontu, to nasz pobyt nad rzeką przypominałby letnisko. Niestety wojna jeszcze miała dać o sobie znać.

                Koło wsi spotykamy trzech naszych kolegów z drugiego plutonu, którzy postanawiają dołączyć do nas. Znowu przypadło mi dowodzenie naszym plutonikiem, a w zasadzie... półdrużyną. Cała szóstka wygląda jak grupa oberwańców, a nie żołnierzy Armii Krajowej. Uzbrojenie jest niezłe, amunicji pozostało na pół godziny walki. W razie czego nie oddamy naszego życia darmo. 

                Jesteśmy koło miejsca, z którego nasz oddział rozpoczął walkę przy przebijaniu się przez linię frontu. Zatoczyliśmy pełne koło. Niemcom nie przychodzi do głowy, że nasza grupa, zamiast zbliżać się do frontu, oddala się. Idziemy w kierunku rzeki, ja wlokę się na końcu grupki. Przed sobą mamy Bug, z lewej Strony Liwiec. Postanawiam wejść do wsi. Niech się dzieje co chce. Nie mam już siły!

                We wsi spokój, cisza... Tak, jakby wydarzenia wojenne były gdzieś daleko... Pukamy do pierwszej z brzegu chaty, by poprosić o pomoc. Gospodarze witają nas serdecznie... Możemy odpocząć, umyć się w ciepłej wodzie... Jemy wspaniały obiad, raczymy się chłodną maślanką. Nie chcemy narażać gościnnych gospodarzy na niebezpieczeństwo. Gospodarze nie chcą nas wypuścić, proponują miejsce do ukrycia. Ponownie zdecydowanie odmawiamy i dziękujemy za gościnę, odbijamy na północny zachód w kierunku rzeki Liwiec.

                Wchodzimy znów do lasu, to nasz dom, tu jest bezpiecznie... Może odskoczyliśmy od Niemców? Kuśtykam opierając się na drewnianej kuli... Zastanawiam się, co z resztą kompanii? Co z ,,Rafałem"? Czy przeżyli? Gdy tak zatopiony w myślach szedłem z opuszczoną głową, ku swojemu zdumieniu zauważyłem, że jestem sam! Grupa gdzieś zniknęła. Chłopcy szli szybciej, ja w zasadzie wlokłem się. Wpadłem w panikę! Gdzie oni się podziali? Ze wszystkich stron tylko las. Gdy zastanawiałem się, w którym kierunku dalej iść, dobiegło do mnie parskanie konia. Skąd u licha tu koń? A może znów koledzy? Wolałem nie ryzykować. Ukryłem się za drzewami i czekałem na bieg wydarzeń. Koń zbliżał się do mojego drzewa. Ostrożnie zza niego wyjrzałem. Na koniu jechał jakiś SS-man, rozglądając się wokoło. Widocznie moja kryjówka była słaba albo żołnierz wyczuł niebezpieczeństwo. W konsekwencji sięgnął po broń. Zauważyłem, że w kaburze miał pistolet, a na plecach ,,pepeszkę''. Ja swojego empi w dłoniach. Natychmiast oddałem długą serię w kierunku żołnierza, by po chwili zaobserwować, jak ten wali się na ziemię. Koń, spłoszony wystrzałami, pobiegł w las, a ja przyczajony czekałem na bieg wydarzeń. SS-man zginął natychmiast. Zbliżyłem się do zabitego. Był to młody podoficer, blondyn z niebieskimi oczami. Martwe oczy patrzyły w las. Pomyślałem: ,,jednego mniej'' i zająłem się wyposażeniem zabitego. Zabrałem mu pistolet Walther i ,,pepeszkę", i znów ukryłem się za drzewami. SS-man mógł być w towarzystwie swoich kamratów. Chciałem przejrzeć jego raportówkę, ale postanowiłem zrobić to później. Usiadłem pod drzewem i odpoczywałem, czekając na to, co się wydarzy? Wkrótce posłyszałem tupot nóg. Swoi czy wróg? Za moment, ku swojemu zadowoleniu, witałem się z braćmi i kolegami. Znów się udało!

                Ciężkie ćwiczenia w konspiracyjnej podchorążówce przynosiły efekty. Nawet w walce z niemieckimi frontowymi żołnierzami nie byliśmy bez szans. Zdecydowanie lepiej wypadaliśmy podczas konfrontacji z okupacyjnymi służbami tyłowymi lub żandarmami. Zwłoki wroga leżały na poboczu drogi... Przyglądałem się im i zastanawiałem nad sensem wojny, zabijania. Byłem inny człowiekiem, niż wtedy gdy dobiłem Górnego. Zobojętniałem na widok śmierci. oto martwy wróg, który znalazł się na naszej ziemi nieprzypadkowo. On wykonywał rozkazy i zapewne też wiele razy zabijał. Co do tego nie miałem wątpliwości. Mundur SS-mana wskazywał na to, że człowiek wstąpił w szeregi tej zbrodniczej organizacji ochotniczo. A więc liczył się z tym, iż być może umrze... Ale czy on przypuszczał, że zginie w polskim lesie zastrzelony przez podchorążego Armii Krajowej? Z dokumentów, które miał przy sobie wynikało, że był to SS-man w randze jakiegoś führera o ukraińsko brzmiącym nazwisku. Pamiętam, że miał na imię Wasyl. Jego jednostką była najprawdopodobniej Dywizja SS Galizien albo Viking. Przykryliśmy zwłoki gałęziami i ruszyliśmy w kierunku zachodnim. Jeszcze tego nie wiedziałem, ale właśnie kończył się ważny rozdział mojego życia.

                Zastrzelony SS-man był ostatnim żołnierzem wroga, którego wyprawiłem na tamten świat! Jak się okazało później, wystrzelone w jego kierunku kule były ostatnimi, które oddałem w tej przeklętej wojnie. W 1939 roku, gdy byłem młodym pełnym entuzjazmu człowiekiem, wojna wydawała się czymś, co miało hartować charakter. Jednak z czasem, nabierając doświadczenia, zacząłem rozumieć prawa wojny. Biorący w niej udział żołnierze mogli zginąć, zostać ranieni, ale skaza na psychice dotknęła prawie wszystkich. Jedynie nieliczni potrafili poradzić sobie z tym zjawiskiem. Żołnierze z długim wojennym stażem, którzy brali udział w kilku wojnach dla których obcowanie z śmiercią było czymś naturalnym, swoją postawą dawali przykład hartu woli. Z perspektywy czasu zrozumiałem, że gdyby nie oni, to moja walka z Niemcami, dowodzenie plutonem specjalnym, byłoby o wiele trudniejsze! Szedłem zamyślony i obolały (...)

                Wydaje się, ze nikt nas nie ściga. Forsujemy Liwiec i kierujemy się na Kamieńczyk. Jesteśmy obok miejsca, w którym odbieraliśmy zrzut i spotkaliśmy ukrywających się Żydów. Ciekawe, czy przeżyli zawieruchę wojenną? Gorycz porażki powoduje, że nie potrafię się cieszyć z tego, że wraz z dwójką braci wydostałem się z okrążenia. Koledzy którzy dołączyli do nas w Brzuzie, postanawiają iść w kierunku Wyszkowa. Żegnamy się z nimi i ruszamy przed siebie.

                Piekło lasów łochowskich zostaje poza nami. Kompania por. „Rafała” zakończyła swoją walkę. Straciliśmy kilkudziesięciu dzielnych żołnierzy. Kilkuletni okres walki z hitlerowcami dobiegł końca. Walczyliśmy z bronią w ręku. Mieliśmy świadomość, że każdy dzień mógł być ostatnim w życiu. Dotrzymaliśmy słowa przysięgi i doczekaliśmy się wolnej Polski!

                Postanawiam rozformować grupę, zwalniam żołnierzy ze złożonej przysięgi. W skarpie Liwca ukrywamy broń, amunicję, elementy umundurowania. Obok zakopuję kolekcję okupacyjnych zdjęć i pamiętnik. Wszystko zabezpieczone i zapakowane w płaszcz przeciwdeszczowy. Dla pewności wszystko przewiązuję naszymi wojskowymi pasami. Pakunek jest dobrze ukryty. Robię znak na pobliskiej topoli, aby po wojnie odzyskać archiwum. Jeszcze rzut oka za siebie. Lasy łochowskie żegnają nas szumem drzew. Dzięki ci, puszczo, za to, że ocaliłaś mnie i moich braci od zguby. Wrócimy tu na pewno! W trójkę kierujemy się na południowy-zachód, od tej pory jesteśmy cywilami, którzy szukają swojego miejsca w zawierusze wojennej.

Takie przynajmniej mamy sprawiać wrażenie... Wracamy do domu!

 
Michal Krupa