Akcji „Burza” cz. IV

                W związku z niekorzystną sytuacją na froncie dowództwo okręgu wezwało nas na pilną naradę do sztabu. „Jog'' sprawiał wrażenie człowieka zrezygnowanego. Ten odważny człowiek, który był dla nas przykładem podczas okupacji teraz siedział ze zwieszoną głową. Widać było, że ma dla nas rozkaz trudny do przekazania.

- Panowie oficerowie! Rozkazuję rozwiązanie struktur pułku, ludzi puścić do domów, broń zakonserwować i zakopać! od tej chwili pułk ulega rozwiązaniu! - dowódca wypowiedział te słowa tak szybko, jakby się obawiał nagłej reakcji podkomendnych. Staliśmy jak osłupiali i niedowierzaliśmy własnym uszom. Rozwiązać oddział? Jak? Kiedy?

To się po prostu nie mieściło w głowach! Stałem jak skamieniały. Poczułem się jak ktoś, kto stracił pięć lat młodości bez powrotnie! Chciałem coś powiedzieć, ale po pierwsze nie wypadało najmłodszemu wiekiem i stopniem, po drugie nie bardzo wiedziałem co. Niedoczekanie!!!

- Panie majorze, nie wykonam tego rozkazu. Złożyłem broń we wrześniu 1939 roku i drugi raz tego nie zrobię! Podejmuję walkę dalej, bez względu na konsekwencje! - słowa te tak znajome moim uszom dobiegły z ust „Rafała”. Zaległa cisza i wszystkie oczy skierowały się na majorze „Jogu”. Ten po chwili milczenia, chyba nawet zadowolony z postawy Fijałkowskiego poklepał go po ramieniu i nic nie mówiąc, oddalił się do drugiego pomieszczenia. Było wiadomo, że narada pułku była zakończona. Wyszliśmy z pomieszczenia na dwór, a „Rafał” udał się na rozmowę w cztery oczy z dowódcą pułku. Jak się później okazało jedynie nasza kompania otrzymała zgodę na walkę z bronią w ręku. „Rafał” ze spotkania z dowódcą wyszedł czerwony na twarzy, ale zadowolony. Uśmiechając się do mnie powiedział:

- Osiągnąłem to co przyrzekałem! Nikt i nic nie zmusi mnie do powtórnego złożenia broni! Rozumiałem rozterki człowieka i oficera, który łamiąc dyscyplinę wojskową, zachował postawę patrioty! Byłem z niego dumny. Był świetnym oficerem i dowódcą. Miałem zaszczyt być jego żołnierzem. (…)

                Nie mogliśmy dłużej czekać, zwłaszcza, że wokół naszego miejsca postoju robiło się coraz niebezpieczniej. Ruszyliśmy w kierunku rzeki Liwiec, którą przekroczyliśmy 11 sierpnia 1944 roku. W rejonie lasów łochowskich przebiegała linia frontu którą postanowiliśmy przekroczyć przy nadarzającej się sposobności. Pod wsią Pogorzelec starliśmy się z tyłowymi jednostkami Niemców, które zajmowały się grabieżą. Rozbity przeciwnik uciekł w kierunku Łochowa, my niestety zdradziliśmy swoje miejsce postoju. Musieliśmy maszerować dalej w głąb lasów. I tak dotarliśmy w okolice wsi Jerzyska, gdzie mieliśmy stoczyć decydującą dla losów naszego oddziału bitwę... Kompania mimo uciążliwego marszu prezentowała się wspaniale, żołnierze mie1i świadomość, że koniec wojny jest bliski. Jeszcze tylko ten ostatni wysiłek. (…) Ruszamy dalej. Podczas marszu dowódcy plutonów zgromadzeni wokół „Rafała” opiniują propozycję dowódcy co do kierunku marszu. Ja z „Gromem” przekonujemy, że należy się przebijać przez front, oficer dowodzący plutonem NSZ chce pozostać poza linią frontu. Jego ludzie nie mają złudzeń co do zamierzeń Sowietów. Uważają, że wkraczająca Armia Czerwona jest takim samym złem jak wycofujący się Niemcy.

                Pluton NSZ dołączył do nas podczas walk o Tłuszcz. Początkowo walczyli sami, potem w porozumieniu z dowództwem pułku, dołączyli do naszej kompanii. Ucieszyliśmy się z tego faktu gdyż oddział ,,Rafała'” powiększył się o 50 znakomitych i doskonale uzbrojonych żołnierzy. Pluton dowodzony przez por. ,,Wiktora'” - Telesfora Badetkę miał na wyposażeniu cztery! Rkm, kilkanaście pistoletów maszynowych i karabiny. Jednolicie ubrani i wyposażeni prezentowali się najlepiej w kompani. Po raz pierwszy zetknęliśmy się z sowiecką bronią: talerzowymi rkm Diektariowa i popularnymi ,,pepeszami''. Wśród żołnierzy NSZ było kilku, których wyzwoliliśmy z aresztu policji w Radzyminie. W końcówce walk o Tłuszcz został ranny w nogę, ich dowódca ,,Wiktor''. Rana okazała się ciężką i Badetko został ewakuowany. Od tej pory plutonem dowodził jego zastępca.

                Po połączeniu się z NSZ owcami nasza kompania była złożona z trzech plutonów i 150 ludzi. Żołnierze byli dobrze uzbrojeni i wyposażeni. Kompania stanowiła dużą siłę. Biwakujemy w lesie, słońce opala, jest ciepło miło i aż się nie chce myśleć o wojnie.

                Kwatermistrz kompanii sierż. „Mocny” - Kaczmarewicz wysyła chłopaków na grzyby, których jest w bród. Mój najmłodszy brat, Zdzisław jest mistrzem grzybobrania. Złośliwi zazdroszczą Cm]u efektów żartowali, że ma najbliżej ziemi to grzyby łatwiej znajduje. W kuchni oporządzono złapaną bezpańską krowę. Szykuje się zupa grzybowa z wkładką. Kompania zajęta czyszczeniem broni, cerowaniem odzieży i toaletą nie zwraca uwagi na to co dzieje się wokoło. W pewnym momencie, ku naszemu zaskoczeniu wjeżdża do obozowiska konno dwóch wyższych oficerów Wehrmachtu!!! Obopólne zaskoczenie trwało sekundy. My chwyciliśmy za broń a oni spięli ostrogami konie i zawracali. Nie zdążyli.

                Polana rozbrzmiała od wystrzałów kilkudziesięciu luf. Grzaliśmy w stronę przyjezdnych z całej posiadanej broni. Efekt był łatwy do przewidzenia. Jeden z oficerów major, trafiony kilkunastoma kulami spadł pod końskie kopyta. Drugi, podpułkownik nietrafiony ani razu podniósł ręce do góry oddając się do niewoli. Strzelanina ustała, jednak mieliśmy świadomość, że czas relaksu minął. Padła komenda ,,Rafała” - Zwijać obozowisko, natychmiast wymarsz! Smakowity obiad pozostał wspomnieniem. Zanurzyliśmy się w knieję, prowadząc ze sobą cennego jeńca. Zmierzaliśmy ku swojemu przeznaczeniu, miejscowości Jerzyska nad Bugiem. W między czasie ,,nasz pułkownik'' usiłował uciec i został zastrzelony przez czujną eskortę. Szkoda, bo stanowił niezłe źródło informacji. Przed ucieczką, w krótkiej rozmowie prowadzonej z naszym tłumaczem „Dęborogiem”, oficer poinformował go, że jest z pochodzenia Austriakiem i oficerem sztabowym 7 Dywizji Piechoty. Po co uciekał? A więc mieliśmy przeciwko sobie sprawdzoną, frontowa jednostkę. To nie byli lokalni żandarmi, którzy byli silni tylko w dzień i w grupie, to było doborowe wojsko! (…)

                Za naszymi plecami słychać odgłosy pościgu. Niemcy nie darują nam straty dwóch wysokich oficerów. Koszule mokre od potu, zroszone czoła i jeszcze ta upalna pogoda. Niebo bez chmurki, żar leje się z nieba. Las potęguje upał, jest duszno i nie ma czym oddychać. Ile to już kilometrów przeszliśmy? Pięć, dziesięć? Większość marszu to przedzieranie się przez las. Raz jest to wysokopienny drzewostan, czasami świerkowe zagajniki. Zaczynamy tracić siły. Pora na odpoczynek. Przygotowany przez szefa obiad przepadł, musimy posilać się jagodami i poziomkami. „Rafał” podejmuje decyzję o pozostaniu w miejscu, może Niemcy stracili trop? Niestety z oddali słychać szczęk oporządzenia i krzyki wydawanych komend. Nie ma wyjścia, musimy zająć pozycje do obrony i spróbować powstrzymać wroga. Czekamy przyczajeni za drzewami. Niemcy ostrzeliwują nas z granatników, pociski padają wokół nas rozrywając się na setki odłamków. Przed tego typu bronią nie ma jak się bronić. Trzeba kryć się pod drzewami, licząc, że nawała kiedyś się zakończy. Żołnierze zmordowani do granic wytrzymałości padają na ziemię. Chwila oddechu i zajęcie stanowiska do walki. Mamy świadomość, że Niemcy nas otaczają. Mimo zmęczenia ,,Rafał” podrywa kompanię i rozkazuje iść na północ w kierunku rzeki Bug.

                Przed nami Puszcza Kamieniecka. Tam powinno być łatwiej, więcej możliwości ukrycia i szans na przetrwanie. Sowieccy żołnierze, którzy walczyli wspólnie z nami przez kilka dni postanawiają pójść inną drogą. Jak nas poinformowali "oni są frontowcami i w lasach nie będą się kryć''. „Rafał” przyjął do wiadomości ich decyzję. Pożegnaliśmy się z nimi serdecznie i każdy w swoją stronę. Oni na prawo my na lewo... Ruszamy ku swojemu przeznaczeniu….  (…)

 
Michal Krupa