Akcja „Burza” – cz. III

Ostatnie dni lipca to koncentracja pułku, gromadzenie broni i amunicji, i oczekiwanie na rozkaz wymarszu! W międzyczasie sztab pułku z „Jogiem” na czele przeniósł się w okolice Tłuszcza. (…)

Pozostajemy sami, oczekując na dołączenie do nas plutonu NSZ. Narodowcy są dowodzeni przez por. Telesfora Badetko - „Wiktora''. Podczas okupacji bardzo dzielnie walczyli z Niemcami. Odnieśli wiele spektakularnych sukcesów. Będą bardzo przydatni w kompanii. Do miejsca, w którym oczekujemy na dalsze rozkazy zaczynają docierać coraz głośniejsze odgłosy salw artyleryjskich, huk wybuchów. Front nieuchronnie zbliżał się do Warszawy!

 

Wysyłamy patrole celem uzyskania informacji o przebiegu linii frontu. Po ich powrocie dowiadujemy się, że w naszym kierunku przedziera się czołówka pancerna armii sowieckiej.

                Niemcy się cofają w kierunku Radzymina. Zajmujemy stanowiska w tak zwanej obronie okrężnej z uwagi na to, iż nie ma możliwości ustalenia linii frontu. Niemcy praktycznie są wszędzie, a Rosjanie gdzieś w oddali. Sztab kompanii naradzał się nad najbliższymi posunięciami. Musieliśmy przekazać nasze sugestie odnośnie walki z Niemcami. W pewnym momencie dobiegają nas odgłosy gęstej strzelaniny. Wydaje się, że to od strony naszych stanowisk? Biegniemy w tamtym kierunku, by po chwili wpaść na wycofujących się żołnierzy. Bardziej stosowne jest tu określenie UCIEKAIĄCYCH!!! Po chwili orientuję się, że to nasze nieostrzelane wojsko wieje, jakby ich diabeł gonił. (…)

Nowych, którzy opuścili swoje stanowiska pognaliśmy do domu, nawet nie wyciągając wobec nich konsekwencji. Na wojnie opuszczenie stanowiska przez żołnierza jest traktowane jak zdrada, za którą należy karać śmiercią. „Rafał” okazał się dobrodusznym dowódcą… wygonił ich z oddziału. Miałem wrażenie, że zrobił to z zadowoleniem, jakby pozbył się ciężaru na nim wiszącego. Ci z nowych, którzy postanowili pozostać w kompanii otrzymali nagany i karę stójki pod karabinem! Postanowiliśmy korzystać ze służby ,,nowych'' tylko i wyłącznie w parze z weteranami. Gdy mieliśmy nadzieję, ze wszystko powróciło do normy, od strony zachodniej dobiegły nas znowu odgłosy strzelaniny! Tym razem czujność naszego kolegi zapobiegła nieszczęściu!

                Stojący na warcie kapral „Wilk” - Zdzisław Posiewka, dostrzegł jadącego konno umundurowanego żołnierza. Myśląc, że to ktoś ze sztabu pułku, zamierzał go zapytać o hasło. Jednak po chwili, która trwała ułamki sekund „Wilk” zorientował się, że jeździec to... oficer SS! Wróg też zrozumiał swój błąd, ale było już za późno. Wycelowana w pierś SS-mana lufa erkaemu spowodowała, że tamten, nie widząc szans, podniósł ręce do góry! Posiewka grzecznie poprosił żołnierza o zejście z konia, nakazując mu trzymanie rąk w górze. Ten sposób łapania jeńca - jeźdźca żołnierze kompanii nazwali wysadzaniem z siodła bez trzymanki. Niestety koń uwolniony od, ciężaru jeźdźca pognał gdzieś w las... Zwierzę okazało się mądrzejsze od jego właściciela. Dodatkowego humoru całej tej sytuacji nadał fakt, że „Wilk” ubrany po cywilnemu sprawiał wrażenie wieśniaka przebywającego w lesie. Na widok konnego, Posiewka schował za siebie Brena i czekał na dalszy bieg wydarzeń.

                Dwie podobne sytuacje a jak rożne efekty: w pierwszej żołnierze, których dostarczył nam rozkaz „Joga”, w drugiej - stary, ostrzelany żołnierz traktujący swoje obowiązki po wojskowemu!

                „Wilk” doprowadził pojmanego SS-mana do naszej kwatery. Postanowiliśmy przesłuchać jeńca, usiłując uzyskać od niego informacje dotyczące dyslokacji wojsk niemieckich. Żołnierz był w siwym mundurze Waffen SS i miał sporo odznaczeń na mundurze. Był chyba untersturmfuchrerem (podporucznikiem). Przystąpiliśmy do rozmowy z jeńcem. Liczyliśmy, że SS-mann dla ratowania życia przekaże nam informacje. Jednak hardy i uparty SS-man odmawiał współpracy. Stopniowaliśmy metody perswazji od delikatnego namawiania do prania po gębie. „Dryblas” swoją ręką jak bochen chleba raz po razie tłumaczył jeńcowi, że jego postawa jest błędna. Niestety oficer nic nie powiedział, wydając na siebie wyrok. Z uwagi na to, że wokół było wielu wrogów, wyrok na SS-manie wykonano przez powieszenie. Dla degeneratów SS-manów i innej szumowiny nie mieliśmy litości, gdy wpadali w nasze ręce, wyrok był jedyny i natychmiastowy! SS-man zapewne innymi czynami zasłużył sobie na taką karę! (…)

Cały czas mieliśmy nadzieję, że zamieszanie z wrogiem już minęło, po raz trzeci na prawym skrzydle wybuchła panika. Tym razem jej przyczyną byli policjanci granatowi, którzy zdezerterowali i postanowili przyłączyć się do naszego oddziału. Akcja została wcześniej umówiona z dowództwem. Idący w naszym kierunku policjanci wpadli na naszą czujkę złożoną z nowo przyjętych i wywołali popłoch. Nowi po raz trzeci wiali w kierunku sztabu! Natomiast policjanci weszli do obozu... Dla „Rafała” było tego dnia za wiele. Dowódca postanowił uporać się z tym problemem elegancko. Nie stawiał nikomu zarzutów, mówił wyjaśniał i tłumaczył. W konsekwencji powiedział wreszcie to, na co wszyscy czekaliśmy od kilku dni!

- Kto chce wrócić do domu? Bez konsekwencji i pomawiania o próbę dezercji wystąp! - głos ,,Rafała'' był ostry i słychać było wściekłość. Nasza ponad stuosobowa grupa podzieliła się prawie po równo: przed front kompanii wystąpili prawie wszyscy ,,nowi'' i... z opuszczoną głową ppor. „Kruk”! Dowódcą „mojego” plutonu był zaledwie przez tydzień. Teraz wracał do innych zadań. Mimo fatalnego przebiegu ostatnich zdarzeń było mi żal tych ludzi... Może inaczej wyobrażali sobie walkę z Niemcami. A w lesie nie ma linii frontu, walczące strony nie czekają na siebie siedząc w okopach. Pojęcie MY TU, ONI TAM wcale nie istniało. Walki w partyzantce trzeba było się uczyć latami. Odchodzący składają broń szefowi kompanii sierżantowi „Mocnemu” - Kaczmarewiczowi. Rozkaz „Rafała” ponownie mianuje mnie dowódcą I plutonu! Drugi pluton obejmuje pchor. „Gro”, a trzeci por. ,,Wiktor" - Telesfor Badetko z NSZ. (…)

Nazajutrz po przygodach na biwaku leśnym dostajemy rozkaz natychmiastowego ataku na Radzymin. Nareszcie!!! Przez ostatnie miesiące marzyliśmy o takim zadaniu. Za trudy walki w lesie, nieustanne chowanie się przed przeważającymi siłami Niemców możemy stanąć twarz w twarz ze znienawidzonym wrogiem! „Rafał” ustalił z dowództwem kierunki uderzenia na miasto. Do szturmu idzie cały pułk z tą różnica, że my stanowimy awangardę. Fijałkowski zebrał dowódców plutonów i szczegółowo na mapie określił zadania. Mamy wyzwolić miasto, unikając strat. Gdyby się okazało, że siły wroga są w przewadze, mamy poczekać na resztę pułku. Wywiad doniósł, ze miasta bronią tyłowe niemieckie jednostki zaplecza, Węgrzy i własowcy. Nie powinno być trudno. Do ataku idzie70 naszych żołnierzy.

                Miałem trochę obaw, czy chłopcy poradzą sobie w otwartej walce z Niemcami. Do tej pory atakowaliśmy z ukrycia, wykorzystując element zaskoczenia. Teraz przyszła pora na walkę otwartą. Atakujemy od strony wschodniej. Wróg chyba oczekiwał nas z południa, gdyż tam zgromadzone były jego odwody. Walka jest jednostronna. Po krótkiej nawale ogniowej z erkaemów dobiegamy do rogatek miasta. Niemcy i ich koalicjanci uciekają w kierunku Nieporętu. Natomiast Węgrzy nie podejmują z nami walki i poddają się przekazując swoją broń.

                Zdobywamy Radzymin bez własnych strat. (od Red. 30 lipca) Jestem mile zaskoczony przebiegiem bitwy. ,,Rafał'' z niedowierzaniem kręci głową. Czuję, że nie podoba mu się to zwycięstwo... Dowódca podejrzewa pułapkę przygotowaną przez Niemców.

- Wiesz, Tadek biłem się w kilku bitwach podczas września 1939 roku, ale tego nie doświadczyłem, za łatwo, za łatwo – „Rafał” wypowiadając te słowa studził mój entuzjazm... Co mu się nie podoba? Miasto zdobyte, jedyne rany to otarte stopy w butach. (…)

Odpowiedź przyszła dzień, później, gdy hitlerowcy, ściągając posiłki z całej Europy, przystąpili do kontrofensywy. Do walki wkroczyły doborowe elitarne dywizje SS wyposażone w najnowocześniejszy sprzęt. Czołgi „Tygrys” i „Pantera” stanowiły szpicę natarcia. Pod Radzyminem toczyła się druga pod względem ilości walczących czołgów bitwa II wojny światowej! Walczyło kilkaset tysięcy żołnierzy i ponad tysiąc czołgów po obu stronach. W konsekwencji Niemcy rozbili Sowieckie armie i odrzucili ich ponad 40 km na wschód.

                Radzymin znów został zaatakowany przez Niemców Pierwsze dwa szturmy odparliśmy, ale kolejne nie. Miasto ponownie dostało się w ręce Niemców. Ponosimy niewielkie straty, kilku rannych, kilku zaginionych... „Rafał” ma satysfakcję, że jego ostrożność i zdolność przewidywania były słuszne. Kompania opuszcza stanowiska i jest gotowa do nowych zadań.

                Dostajemy rozkaz ewakuowania się z Radzymina i marszu na północny - wschód. Kierujemy się w okolice Tłuszcza, gdzie była zarządzona koncentracja pułku. Łącznik dostarcza nam nowy rozkaz. Mamy siłami kompanii zniszczyć pociąg pancerny, który krążył na linii Tłuszcz - Wołomin. Po wykonaniu tego zadania mieliśmy zaatakować Tłuszcz i wyprzeć z niego Niemców. Było to zadanie ponad nasze siły. Bez wsparcia pancernego i artylerii skazano nas na niepowodzenie! Po zaciętej walce z ochroną torów udało nam się zniszczyć kilkadziesiąt metrów szyn powodując, że pancerka nie mogła dojechać do Wołomina.

                Na pociąg pancerny nie czekaliśmy długo. Po kwadransie na wysokość naszych pozycji dojechał potwór najeżony bronią automatyczną i artylerią. Działa strzelały na oślep chyba dla dodania sobie animuszu. Czekaliśmy na stosowną chwilę, aby przystąpić do ataku. „Rafał” zwlekał z wydaniem rozkazu do ostatniej chwili. Chyba miał przeczucie, że nic dobrego z tego nie będzie? Leżymy w trawie z przygotowaną do walki bronią. Pada komenda:

- Naprzód! Do ataku! - dowódca wyskakuje pierwszy w kierunku torów. My z nim. Pancerka jakby czekała na nasz atak. Po chwili plunęła ogniem. Strzelali wszyscy Niemcy i chyba cała broń. Gdybyśmy nie padli na ziemię kryjąc się w pobliżu torowiska, to z kompanii pozostałyby jednostki. Otoczyły nas wybuchy granatów rzucanych przez Niemców z pancerki, serie z broni maszynowej. Nie można było podnieść nawet głowy, a co dopiero mówić o ataku... „Rafał” usiłował jeszcze raz poderwać nas do ataku, ale z trawy poderwało się kilka osób, które rzuciły granaty w kierunku pociągu pancernego. Wyglądało to jak obrzucanie słonia grochem. Jednak Niemcy nie mieli poczucia humoru. Po chwili dostrzegłem jak trzy osoby, które zdecydowały się na atak padają w trawę! Zabici czy ranni? Rozlega się krzyk: Sanitariusz! Ktoś biegnie w kierunku wzywającego pomocy, ale po chwili zalega pod ostrzałem. Gdyby Niemcy zadali sobie więcej trudu i zaatakowali nas całą siłą pociągu pancernego, to po kompanii pozostałyby szczątki. Ale rzucone przez nas granaty musiały przestraszyć wroga do tego stopnia, że ten zaczął wycofywać pociąg w kierunku Wyszkowa.

Fijałkowski, wściekły na cały świat i dowództwo, zbiera kompanię i odskakuje do pobliskiego lasu. Brakuje trzech ludzi, jednego poległego i dwóch rannych. Zabitego musimy pozostawić na miejscu, natomiast ranni zostają ewakuowani. Sam rozkaz ataku wydany przez „Joga” był trudny do zrozumienia, przecież nie mieliśmy żadnej broni przeciwpancernej, a jedynie granaty i butelki z benzyną. (…) Nim zdążyliśmy „wylizać ran”, nowy rozkaz sztabu okręgu nakazywał nam zajęcie wsi Jasienica i wspólnie z Sowietami ubezpieczyć Tłuszcz przed uderzeniem Niemców od strony Radzymina. Po dwóch dobach oczekiwania w bezczynności dojrzeliśmy z oddali wojska armii czerwonej. Jednak nie były to siły główne, a tylko jakiś pojedynczy oddział. Sowieci poinformowali nas, że są resztkami z rozbitej dywizji, która poniosła klęskę w starciu z Niemcami.

                Rosjanie nie orientowali się w terenie, stąd chętnie przystali na współpracę z naszym oddziałem. „Rafał” włączył ich do struktur kompanii. Jednak ich dowódca zastrzegł, że ten stan będzie trwać do momentu przedostania się przez linię frontu. Postanowiliśmy wspólnie z sojusznikiem wycofać się w kierunku Łochowa. Zanim do tego doszło silny kontratak doborowych dywizji Niemców odrzucił nas za Tłuszcz. Rozgorzała zacięta walka o przejęcie inicjatywy. Ulegamy siłom Niemców i musimy wycofać się w kierunku Wołomina. (…) 

 
Michal Krupa