Akcja „Burza” – cz. II

(…)                Maszerujemy w kierunku miejscowości Somianka. Od maja 1944 roku jestem dowódcą tej placówki. Moje rządzenie jest tylko ,,na papierze". Nie było chętnych, byłem pod ręką i stało się. Najciekawsze w tym było to, że tu mieścił się sztab batalionu. Majątkiem śp. płk. ,,Millera” zarządzał teraz jego zięć ppor. ,,Luśnia” - Witold Szaniawski. Tym razem dowodzę plutonem, gdyż reszta kompanii pozostała do dyspozycji dowództwa obwodu w Orzeszniku. Tam też jest ,,Rafał''. (…)

                W ogóle przekraczanie Bugu to jedna wielka komediofarsa.

Gdy maszerowaliśmy konwojując ujętych Białorusinów, dobiegł do nas jakiś człowiek i poinformował, że podejrzane obce wojsko ,,rąbnęło'' mu prom i usiłuje przedostać się na drugi brzeg. Bug był widoczny z oddali.

(…) To, co mówił przewoźnik okazało się prawdą. Z brzegu dojrzeliśmy dużą łódź promową, która znajdowała się na środku Bugu. Rozkazałem ,,Wilkowi” ustawić erkaem i krótką serią powstrzymać przeprawiające się wojsko. Nie mieliśmy pojęcia, kto jest na promie, w jakiej sile i jaką posiada broń? Seria z ,,Brefla" spowodowała zamieszanie wśród obcych. Z oddali widać było, że mają problem z podjęciem decyzji... Krzyknąłem do nich:

- Natychmiast się zatrzymać, bo otworzymy ogień z ciężkiej broni! Na promie się zakotłowało... Część nieznajomych usiłowała przekroczyć rzekę wpław, część stała z podniesionymi rękami do góry! A prom tkwił w środku rzeki... „Wilk” bez rozkazu przejechał długą serią po płynących wpław. Sporo głów znikła w toni, ale kilka płynęło dalej... Bug w tym miejscu jest rwący w swoim głównym nurcie. Ludzi coraz bardziej znosiło. Pokrótce zniknęli nam z oczu. Na promie żołnierze stali nadal z podniesionym w górę rękami. My tu, oni tam... Sytuacja patowa. Gdy zastanawiałem się, co robić dalej dostrzegłem, że w kierunku promu płynie wpław przewoźnik! Po kilku minutach wgramolił się na łódź i sprawnie operując drągiem, skierował prom w naszym kierunku... Ciągnęliśmy linę jak szaleni. .. Sądzę, że to była najszybsza przeprawa w historii przekraczania Bugu! Po chwili na brzeg schodzą koledzy tych, których wcześniej ujęliśmy. Teraz mamy komplet. Ci wcześniej przez nas ujęci nawet się ucieszyli!

                Uradowany właściciel przeprawy zajął się załadunkiem jeńców i naszego plutonu. Pierwsza grupa, która znalazła się na drugim brzegu zajęła pozycje jako ubezpieczenie. Ja pozostałem z resztą plutonu. Trzy kursy były potrzebne, aby wszyscy znaleźli się na drugim brzegu. Przewoźnik nie wziął od nas ani grosza, zadowolony zapewne' że odzyskał łódź. Na pożegnanie podszedł do mnie:

- Panie podchorąży, jestem Pana dłużnikiem… Szkoda, że nie przyszliście kilkanaście minut wcześniej. Rzeką płynęła motorówka z Żandarmami z Wyszkowa, mogliście ich upolować...

Pokiwałem głową z niedowierzaniem. Taka okazja nam umknęła!

Każdy z wyszkowskich żandarmów pracowicie zasłużył sobie na kulkę... Kilkanaście minut wcześniej i wzięlibyśmy odwet na tych, którzy byli odpowiedzialni za śmierć płk. ,,Millera'' i wielu innych! Trudno, może będzie następna okazja… (…)

                Od lutego 1944 roku, gdy ,,Miller" wraz z grupą żołnierzy wyszkowskiej Armii Krajowej został rozstrzelany przez Niemców, ,,Luśnia'' stał się gospodarzem miejsca, do którego przybyliśmy. Dworek jest bliźniaczo podobny do tego, w którym przygotowywaliśmy się do ataku na urlaubzug pod Urlami. Mały, piękny domek, z przodu ganeczek, stajnie, stodoła, obora, a wszystko to otoczone drewnianym parkanem. Ludzie biegają, łącznicy ruszają w teren z meldunkami. Ruch nieprawdopodobny. Dowódca batalionu ppor. ''Luśnia'' - Witold Szaniawski zobaczywszy mnie, uśmiechnął się i rozkazał, aby pluton natychmiast zameldował się u niego. Była to zaskakujące! Zawsze do sztabu proszono dowódców kompanii, nie z plutonów, ale nigdy całego stanu osobowego. Musiało zajść coś bardzo ważnego! Czuliśmy przez skórę, że lada moment wybuchnie Powstanie w Warszawie i ruszymy na pomoc kolegom w stolicy. Żołnierze umyli się po uciążliwym marszu, poprawiali mundury, oporządzenie i broń. Byliśmy gotowi do przeglądu.

                Ustawiłem wojsko w dwuszeregu przodem do leśniczówki. Czekaliśmy około pięciu minut, poprawiając szyk plutonu, gdy z pomieszczeń domu wyszli do nas członkowie sztabu batalionu z „Luśnią” na czele. Oficerowie dziwnie się zachowywali, byli poważni, a jednak z ich twarzy przebijała jakaś radość! Por. Szaniawski stanął przed nami.

- Żołnierze - głos dowódcy batalionu był inny niż ten, do którego nas przyzwyczaił. Żołnierze, z dniem dzisiejszym rozkazuję wykonanie ,,Burzy"!

A więc to już... Marzyliśmy o tej chwili... Czekaliśmy na rozkaz z niecierp1iwością... Akcja ,,Burza" przygotowywana od listopada 1943 roku miała postawić w stan gotowości wszystkie oddziały Armii Krajowej. Od stycznia 1944 ,,Burzę'' wprowadzono na kresach, natomiast u nas miało to nastąpić pod koniec lipca 1944, wraz z zbliżaniem się Armii Czerwonej do Warszawy. Dowódca batalionu kontynuował swoje wystąpienie!

- Przyszedł Czas na otwartą walkę z Niemcami. Zgodnie z rozkazem mamy iść na pomoc naszym kolegom w stolicy! Niech żyje Polska!!! – po słowach „Luśni” zapadła krótka cisza...

A po chwili wszyscy rozradowani, poklepując się po plecach, wzajemnie ściskając, odśpiewali „Jeszcze Polska nie zginęła". Zbliżał się koniec naszej walki, chowania się po lasach. Teraz oko w oko mogliśmy stanąć do boju ze znienawidzonym okupantem. Dowódca batalionu wzywa mnie do siebie i komunikuje: Panie podchorąży, wróci Pan z ludźmi na kwatery, zlikwiduje je i uda się na miejsce koncentracji pułku! Tradycyjnie już, strzeliłem obcasami i powiedziałem:

- Tak jest!

- Zatem do zobaczenia w lasach klembowskich – „Luśnia” wypowiedział te słowa i uścisnął moją dłoń na pożegnanie.

                Dostaliśmy dzień czasu na uporządkowanie naszych osobistych spraw i po tym czasie mieliśmy się stawić w miejscu koncentracji. Tam mamy dołączyć do naszej kompanii i „Rafała”. Po pożegnaniu i przekazaniu ujętych Białorusinów żandarmerii batalionowej, szybkim marszem ruszamy w drogę powrotną. Droga powrotna prowadzi przez znane tereny. Znów przeprawa przez Bug i marsz w kierunku Radzymina. Wydaje się, że droga powrotna jest krótsza. Żołnierzy nie trzeba poganiać, wszyscy znoszą trudy marszu wspaniale.

                Wracamy na nasze ,,stare śmieci'' do Rejentówki. otwieramy skrytki z bronią i amunicją, dozbrajamy pluton i bierzemy zapas dla nowych żołnierzy. Żegnamy się z gospodarzami kwater, u których spędziliśmy wiele miesięcy, żegnamy dziadka Maciantowicza, który na pożegnanie kreśli znak krzyża i słowami „Moi chłopcy, moi chłopcy” błogosławi nam na dalszą walkę. Wyruszamy do miejsca koncentracji. Droga ma prowadzić przez Zwierzyniec, Kraszew do miejscowości Orzesznik. Początkowo marsz odbywa się bez zakłóceń. Niemców nie widać. Mazowieckie wsie ożyły, chłopi szykowali się do żniw, które zbliżały się wraz z sierpniem. Docieramy do szosy Wyszków – Radzymin - Warszawa. I tu zaczęły się kłopoty. (…)

                Pięć kilometrów dzielące nas od miejsca koncentracji przebywamy w pięć godzin. Do Orzesznika docieramy nad ranem, zmęczeni do tego stopnia, że padamy tam gdzie staliśmy. Sen przyszedł natychmiast. Coś mi się śni. Czuję delikatne szarpanie za ramię... )akie licho? Powieki jak z ołowiu powoli się uchylają... „Rafał”! No tak, nasz dowódca pozwolił na wypoczynek i teraz wita się z nami. Zrywam się z ziemi, która tej nocy zastąpiła łóżko i chcę zameldować o dołączeniu plutonu do kompanii. Nareszcie mogłem zrzucić ciążący na mnie balast dowodzenia. ,,Rafał'' powstrzymuje mnie ruchem ręki:

- Dobra, Tadek, potem opowiesz i ten charakterystyczny ruch wąsikiem - był zadowolony, nie ma wątpliwości. Mam osobistą satysfakcję, doprowadziłem pluton na punkt zborny i przekazałem pod dowództwo ppor. Fijałkowskiemu.

                Z kuchni dochodzi zapach przygotowywanego śniadania, wszędzie ruch wojska. Słońce grzeje, miłe ciepło powoduje, że poranna toaleta odpręża. Polewamy się wodą z miednic. No taką partyzantkę to ja lubię, jak na wczasach. .. Znalazł się też ,,Filipek''! Coś opowiada rozemocjonowany, ale mu przerywam, dając do zrozumienia, że potem zda relację. Taki fajny chłopak, bystry, odważny żołnierz... Nie przypuszczałem, że za kilka dni zginie w walce z patrolem żandarmerii. „Filipek”, który mieszkał kilka kilometrów od miejsca koncentracji ubłagał „Rafała” o dobową przepustkę, gdyż chciał odwiedzić swoją rodzinę i narzeczoną. Wraz z nim pojechał „Kruk”, który miał do wypełnienia misję dowództwa batalionu. Moim zdaniem Fijałkowski, nie chcąc puszczać samego „Filipka” jako ubezpieczenie dał mu do towarzystwa Kochanowskiego. „Kruk” był przeciwieństwem „watażki” Badowskiego. Następnego dnia rano służby poinformowały nas o zaginięciu obu żołnierzy. Nie wrócili... Bardzo źle to rokowało, obawialiśmy się najgorszego. I przeczucie, niestety, nas nie myliło. Później okazało się, że obaj nasi koledzy polegli w nierównej walce z żandarmami. Podobno jechali furmanką ze swoimi narzeczonymi i zostali zatrzymani przez lotny patrol żandarmerii. Dopełnieniem tej tragedii była także śmierć obu młodych kobiet zastrzelonych przez Niemców. Dramat kilku rodzin tuż przed wyzwoleniem... , „Rafał” wstrząśnięty tą informacją, zakazał przepustek i wyjść z terenu obozu w sprawach prywatnych. Powracamy do szarej partyzanckiej rzeczywistości.

                Dzień przebiega na czyszczeniu broni, cerowaniu mundurów, służbie wartowniczej. Ja zostaję wezwany przed oblicze „Jog”. Kapitan informuje mnie, ze potyczkę wczorajszego wieczora toczyliśmy z Ukraińcami. Jak doniósł nasz wywiad, Ukraińcy ponieśli ciężkie straty. Podobno zginęło czterech, a rannych zostało kilkunastu. Ponadto jeden z Ukraińców „popełnił” samobójstwo, chowając się przed nami w... studni! Jego zwłoki wyciągnięto jakiś czas potem, przy czyszczeniu cembrowiny.

                Po kilku godzinach odpoczynku odchodzimy do lasów klembowskich, gdzie koncentruje się obwód. Docieramy do wskazanego miejsca i od razu dowódcy zostają wezwani na naradę do sztabu. Spotkanie odbywa się w leśniczówce. Dostrzegam, że pośród „starych'' dowódców jest sporo nowych twarzy. Prowadzący naradę „Rafał” odczytuje rozkaz generała „Bora” Komorowskiego o akcji ,,Burza''. Porucznik przypomniał, że „Burza” to alarm dla wszystkich jednostek i otwarta walka z Niemcami. Powstanie w stolicy ma się rozpocząć 1 sierpnia 1944 roku. A więc za kilka dni. Chciałem zamienić kilka zdań z Kajtkiem, ale chyba mnie unika... Coś przeskrobałem? Szukam w myślach... Nie, chyba wszystko w należytym porządku. Łapię dowódcę w locie, gdy wychodzi od „Joga”.

- Tadek, tylko nie bierz tego do siebie, są nowe rozkazy... - pomyślałem przez chwilę, że idą jakieś zmiany, ale nie sądziłem, że będą tak daleko idące! Po chwili ,,Rafał'' zapoznał mnie z propozycjami sztabu. Nasza kompania jest reorganizowana, mój pluton traci miano specjalnego i dowódcę! Od tej pory pluton specjalny otrzymał numer I w kompanii dowodzonej przez ppor. „Rafał”. Byłem wściekły na dowództwo pułku i cały świat.

                Nie wyobrażałem sobie innej roli niż dowodzenie plutonem. Zmianę stanowiska traktowałem jako wotum nieufności w stosunku do mojej osoby. Doprowadziłem pluton na miejsce koncentracji, żadnych strat. Wszystko w najlepszym porządku. Oczekiwałem raczej nagrody niż degradacji ze stanowiska. O co w tym wszystkim chodzi? Na pocieszenie zostałem sztabowcem dowódcy kompanii!? Spodziewałem się, że nadal będę dowodził plutonem zwłaszcza, że dochowałem się wspaniałych żołnierzy. Niestety „Rafał” wziął mnie do swojego pocztu, mianując dowódcą I plutonu ppor. „Kruka” - Wawrzyńca Żmijewskiego.

                Nowy dowódca pochodził z Radzymina i wywodził się z rodziny miejscowych młynarzy. Rodzina Zmijewskich była zasłużona w walce z Niemcami. Z młyna, który funkcjonował przez całą okupację organizowano mąkę dla potrzeb Ruchu oporu. Brat ppor. „Kruka” Stefan Żmijewski, szeregowiec naszych struktur, wielokrotnie pomagał materialnie konspiratorom. Drugim plutonem miał dowodzić nadal pchor. „Grom” z Kobyłki. Natomiast po 3 sierpnia dołączają do nas żołnierze Narodowych Sił Zbrojnych z Wołomina. (…)

 
Michal Krupa