Przed „Burzą” – cz. I

                To część pierwsza fragmentów parahistorycznej publikacji autorstwa Pawła Abramskiego „W imieniu Polskiego Państwa Podziemnego…”, Z dziejów walk o wolność Polski na Mazowszu Północno-Wschodnim w pamiętnikach „Szarugi” (Tadeusza Abramskiego - ojciec autora) 1939-1945 odnosząca się do okresu bezpośrednio przed Akcją „Burza” na naszym terenie - z rozdziału „Żołnierze i broń” oraz „Bandyci z Białorusi”:

 

 

 

                W 1944 roku byliśmy wojskiem dobrze wyposażonym i uzbrojonym. Stan ten uległ zdecydowanemu polepszeniu z momentem dołączenia do nas plutonu NSZ z Wołomina. Ich dowódca por. 'Wiktor'' - Telesfor Badetko dbał o stan broni swojego oddziału. Z prawdziwą zazdrością spoglądaliśmy na ich uzbrojenie. Z czasem okazało się, że sympatyczni NSZ owcy potrafili zrobić użytek z posiadanej broni. Ich wa1ka przeciwko doborowej niemieckiej 7 Dywizji Piechoty pod Jerzyskami stanowiła tego najlepszy dowód. Podczas późniejszych walk bardzo często ,,pożyczałem” broń od ,,Wilka'' i ,,Guberskiego".

                Lubiłem strzelać z ,,Brena'', broń bardzo dobrze leżała ręku, była celna i niezawodna. Wadą ,,anglika'' było to, że posiadał mały magazynek osadzony z góry. Bywały wypadki, że podczas zmiany magazynka erkaemista od wrogiego postrzału tracił palce a nawet rękę! W MG korzystano z taśmy nabojowej. stąd obsługa tej broni była dwuosobowa. Celność obu erkaemów była podobna i zależała tylko i wyłącznie od oka strzelającego.

                Żołnierze, którzy obsługiwali erkaemy szkolili się miesiącami. ,,Rafał'' przywiązywał bardzo dużą uwagę do ćwiczeń strzeleckich. Praktycznie każda wolna chwila była przeznaczana na zajęcia z bronią. O ile nie było to strzelanie, to żołnierze zajęci byli czyszczeniem broni. Sierżant Kaczmarewicz nie odpuszczał. Bywało, że białą szmatką sprawdzał stan broni po czyszczeniu. Brud lub rdza to pewna kara dla żołnierza. Dzięki takim służbistom jak ,,Mocny'' nasza broń lśniła jak lustro. I, co najważniejsze, nigdy nie zawiodła w walce z wrogiem!

                Ppor. ''Rafał'' - Kajetan Fijałkowski był dowódcą kompanii z prawdziwego zdarzenia. Po ukończeniu Oficerskiej Szkoły Kawalerii w Grudziądzu otrzymał stopień wachmistrza podchorążego. W uzyskaniu stopnia oficerskiego przeszkodził mu wybuch wojny. Dowodząc plutonem w 9 pułku strzelców konnych z Grajewa, przeszedł cały szlak bojowy od granicy z Prusami Wschodnimi do Małkini. Tu pułk został rozbity przez przeważające siły wroga. Po zakończeniu kampanii wrześniowej, Fijałkowski wstępuje w szeregi ZWZ, przyjmując pseudonim ,,Rafał”. Od 1942 roku pracuje w Woli Mystkowskiej na stanowisku kierownika melioracji. Na mojej drodze pojawił się człowiek, który był moim dowódcą i przyjacielem przez lata wojny i okupacji. Pod dowództwem „Rafała" miałem szansę rozwoju i uczenia się konspiracji. Dzięki niemu ukończyłem szkołę podchorążych ze stopniem plutonowego podchorążego.

Kajtek był bardzo sprawiedliwym i życzliwym żołnierzom dowódcą. Bywało, że uchylał moje rozkazy, które uważał za złe. Jako młody człowiek miałem prawo do błędu… Bywało, że polemizowałem z dowódcą i nie zawsze się zgadzałem, ale z pokorą wykonywałem wszystkie rozkazy przełożonego! Zresztą, zawieszanie przez „Rafała” moich rozkazów odbywało się z należytym szacunkiem. Fijałkowski informował mnie o swojej decyzji jako pierwszego... Z reguły tak: - Słuchaj Tadek, a może by zrobić to w inny sposób albo … - Wiesz, ja mam inny sposób rozwiązania tej sprawy. Prawie zawsze uznawałem racje starszego i mądrzejszego kolegi! Dziękowałem Panu Bogu, że postawił „Rafała” na mojej drodze! Najbardziej zaimponował mi Fijałkowski podczas ostatniego spotkania z dowódcą obwodu, kpt. „Jogiem", gdy sprzeciwił się rozwiązaniu struktur kompanii i ukryciu broni. Wówczas ujrzałem determinację dowódcy. Z oficera posłusznie wykonującego rozkazy przekształcił się w człowieka, dla którego walka z Niemcami była priorytetem!

                Do najważniejszych żołnierzy, z którymi walczyłem ramię w ramię należeli „Kuga”, „Kania”, „Wilk”, „Dryblas”, „Dąb”, „Guberski” i „Olaf”. Większość z nich to młodzi, wchodzący w życie ludzie. Na nich i innych zawsze mogłem liczyć. Nigdy się nie zawiodłem. Wymienieni żołnierze byli ze mną w najcięższych chwilach, gdy trzeba było narażać życie. Za swoich żołnierzy gotów byłem dać się posiekać, nigdy nie pozostawiłem ich samych w obliczu niebezpieczeństwa. Przez lata walki pluton był jednym organizmem.

Bracia Posiewkowie „Dryblas'' i „Wilk'' byli celowniczymi erkaemów. Obaj bardzo silni fizycznie, nieśli ,,maszynki” na ramionach jak piórka. obaj byli doskonałymi strzelcami. Podczas ataku często zmieniali się na stanowisku. Jednak, jak na braci przystało, byli zawsze razem. (…)

                O tym, jak Sowieci traktują swoich rodaków, może świadczyć następujący obrazek. Do naszego oddziału w lipcu 1944 roku dołączyła grupa zbiegłych z obozu jenieckiego sowieckich żołnierzy. W walce z Niemcami spisywali się bez zarzutu. Korzystaliśmy wielokrotnie z ich wiedzy na temat sowieckiej broni. Traktowaliśmy ich jak swoich kolegów. Sowieci dzieli z nami trudy walki. Zdobyli sławę znakomitych żołnierzy! Mieli do wyrównania rachunki z Niemcami i sądzili, że będą mogli tego dokonać u boku kolegów z Armii Czerwonej. Gdy 29 lipca szykowaliśmy się do walki o Radzymin, ,,nasi,, Sowieci żegnali się, dziękując za uratowanie życia. Z niektórymi z nich wymieniliśmy adresy, obiecując utrzymanie kontaktu. Wszyscy walczący w naszych szeregach otrzymali od nas zaświadczenia o ich odwadze w walce ze wspólnym wrogiem. Sadziliśmy, że będzie to rodzajem nagrody... Niestety, wkraczający do miasta żołnierze z 3 korpusu pancernego nie wykazali zadowolenia ze spotkania z rodakami. Towarzyszący czołówce major NKWD aresztował byłych jeńców i skierował ich pod eskortą do sztabu dywizji. Próbowaliśmy interweniować u oficera, ale niewiele wskóraliśmy.

                Nasza argumentacja, że są to odważni, świetni w boju żołnierze została skwitowana prostym zdaniem! Być może to prawda, ale to są byli jeńcy, a towarzysz Stalin powiedział, że w Armii Czerwonej nie znają pojęcia jeniec! Są tylko zwycięzcy lub martwi. A zresztą u nich ludzi jest bardzo dużo! Postawa sowieckiego majora wojsk specjalnych bardzo źle wróżyła i była alarmowym sygnałem. Oczekiwany przez nas sojusznik chyba był z innej bajki.

                Jednak na razie Sowieci zachowywali się poprawnie. Chętnie współpracowali z naszym dowództwem. Ustalano strategię walki z Niemcami. Snuto plany na przyszłość... Czyżby to wszystko było zasłoną dymną? Dla mnie w tej wojnie istniały dwa kolory: biały MY i czarny WRÓG, odcieni nie uznawałem... Jak naiwne było to rozumowanie pokazały najbliższe dni! (…)

                Zbliżała się nieuchronnie otwarta walka z Niemcami w ramach akcji ,,Burza''. Odgłosy zbliżającego się frontu zwiastowały, że powstanie w Warszawie i w kraju jest bliskie. Z niecierpliwością czekaliśmy na te wydarzenia. Czekaliśmy na upragnione hasło do walki jak na coś, co wiązało się z wo1nością!

                Coraz częściej od strony wschodniej dobiegał odgłos ciężkiej artylerii. Front zaczął się przesuwać w kierunku Warszawy. Trwaliśmy w stałym pogotowiu bojowym. Nie wolno było rozbierać się do snu, broń cały czas przy sobie. Radzymin szykował się do przyjęcia Sowietów. Miasto się rozpolitykowało, część dyskutantów cieszyła się z nadejścia Armii Czerwonej, jednak większość podchodziła do ,,wyzwo1enia'' z dużą ostrożnością. Mieliśmy informacje o zachowaniu Sowietów w stosunku do AK z Nowogródczyzny i Wołynia. Stwarzano pozory wspólnej walki, by przy pierwszej nadarzającej się okazji wysłać naszych kolegów na Syberię.

                Żołnierze II plutonu, Narodowych Sił Zbrojnych z Wołomina nie dopuszczali moż1iwości współpracy z Armią Czerwoną. Por. ,Wiktor" Telesfor Badetko dał nam jednoznacznie do zrozumienia, że będziemy wspólnie walczyć tylko do momentu przekroczenia linii frontu. Po tym fakcie plutony będą mogły się rozejść. Ustalenia nie zostały na szczęście dotrzymane. III pluton NSZ okrył się sławą w późniejszej walce w Jerzyskach. NSZ-owcy ponieśli ciężkie straty, ale dotrzymali słowa i walczyli z nami ramię w ramię do końca! (…)

 

R

 
Michal Krupa