Moda na pisanie

Dzieła sztuki powstają z nieskończonej samotności i coś tak małego jak krytyka, nie może ich dotknąć. Te słowa usłyszałam niedawno w  filmie poświęconym wybitnym muzykom. I nasunęła mi się refleksja, że niewiele powstaje dziś takich dzieł. A może po prostu giną w morzu tandety? Mój wykładowca filozofii żartował, że starożytni filozofowie snuli swoje rozważania często pod wpływem trunków alkoholowych. I coś w tym jest, że jesteśmy bardziej refleksyjni, bo wyluzowani, będąc pod tak zwanym wpływem. Miałam kiedyś wujka, który niezwykle rozklejał się po paru kieliszkach. Nie rozumiałam jaki naprawdę jest, zasadniczy i surowy czy jednak wrażliwy. Jakby miał dwa oblicza. Oczyma dziecka zdecydowanie inaczej postrzegamy świat.

 

Ale nie o alkoholu chcę dzisiaj pisać, lecz właśnie (o ironio) o pisaniu. Pożyczyłam od koleżanki książkę Szymona Majewskiego. Nie żebym była jego fanką, od zawsze ciekawi mnie natura ludzka, dlatego czytam biografie i książki oparte na faktach. Tylko problem w tym, że dziś moda na pisanie stała się zbyt powszechna. Każdy znany Ktoś pisze książkę, nie dzieło i nie dlatego, że ma do przekazania coś ważnego, ale dlatego, że się sprzeda. Podobnie rzecz się ma z ekranizacją lektury szkolnej, która z oczywistych względów jest zwracającym się biznesem.  Rozpoczęłam więc czytanie wspomnianej książki. Trzeba przyznać napisanej z dowcipem i dystansem autora do własnej osoby, co jest jakoś pociągające. Ale powstała we mnie natrętna myśl, że każdy z nas miał przecież jakieś dzieciństwo, młodość i całą resztę. I najczęściej każdy z nas ma parę śmiesznych, drastycznych czy wzruszających historii w zanadrzu. Wychowałam się na przezabawnych opowieściach wujków, stryjków i dziadków. Z każdej rozmowy z drugim człowiekiem możemy wynieść coś ciekawego, coś, co nas ubogaci.  Każdy ma inne doświadczenia, każdy jest cennym źródłem wiedzy. Często mówię moim dzieciom, aby uczyły się na cudzych błędach, nie boli, a wręcz ustrzeże od bólu.                                                                                                                                                             

No tak, tylko nikt nie kupi książki „szarego” człowieka. Chociaż tak naprawdę nikt z nas nie jest „szary”, jesteśmy niepowtarzalni, oryginalni, czasem nawet dziwni, czasem dobrzy, a czasem źli. Czasem mamy gorszy dzień, dajemy się przygnieść problemom, stajemy się wtedy cisi, mniej widzialni i słabiej słyszalni. Ale nie mniej interesujący.                                                                                                                                                           

Więc nie czytam już tej książki, bo ciekawią mnie ciekawi, a nie znani ludzie. I spotykam ich na co dzień, w pracy czy na ulicy. Słucham ich z zainteresowaniem i podziwem. Są dla mnie inspiracją, choć nie piszą książek.                  

 

Marysia

 
Michal Krupa