Z cyklu Porozmawiajmy

Rozmowa z p. Doktor - Anną Mytkowską

- Czy Pani zawód wynika z  tradycji rodzinnych?                                                                                                       

Nie, moi rodzice nie są lekarzami. Początkowo chciałam zostać pielęgniarką, ale dobrze się uczyłam i mama poradziła mi, abym spróbowała dostać się na Akademię Medyczną. I udało się, choć z niewielką przewagą punktów. Myślę, że Boska Opatrzność czuwała nade mną, najwidoczniej tak miało być, bo drugi raz raczej nie startowałabym. Połowa mojej klasy startowała do Lublina,  ja jako jedyna do Warszawy, ponieważ mój brat tam mieszka. Był dla mnie dużym wsparciem w tamtym czasie, w Warszawie mieszkałam sześć lat.   

                                                                                                                                         

- Medycyna to jeden z trudniejszych kierunków.                                                                                                                              

To prawda. Kiedyś nie było szans na douczenie, korki, zwłaszcza, gdy mieszkało się na wsi, a ja pochodzę spod Łukowa. W tej chwili jest internet, książki są na wyciągnięcie ręki, ale Akademię Medyczną wspominam fajnie. Był czas na rozrywkę, na kontakty międzyludzkie, poznawanie Warszawy. Co chwilę zajęcia mieliśmy w innym miejscu, więc życie towarzyskie kwitło w tramwaju i autobusie (śmiech), było fajnie. Studia kończyłam mając już dziecko, Kamil miał wtedy pół roku.                                                                                                                

- Czyli nie było łatwo.                                                                                                                                                                                   

Nie było. Biegałam z brzuchem na zajęcia. Musiałam odrobić kilka zajęć, aby mieć później kilka tygodni dla dziecka. Urodziłam w ferie zimowe, wypracowałam sobie  sześć tygodni wolnego, chodząc podwójnie na zajęcia. Wykładowcy troszkę ułatwili mi sprawę widząc brzuch, potem uczyłam się do egzaminu z małym dzieckiem, było to bardzo trudne, ale wykonalne, jak się okazuje.                                           

- Macie Państwo troje dzieci?                                                                                                                                          

Mamy trzy córki, oj (śmiech) trzech synów! Odezwało się marzenie o córce? Nie dała Bozia córci, ale synów mam fajnych, są bardzo różni. Wydaje się, że wychowujemy dzieci w ten sam sposób, a jednak mają różne charaktery. Kamil miał syndrom starszego dziecka, które jest odpowiedzialne, starał się nam pomóc i sam być w porządku. Bartek zawsze czuł się ten drugi, długo był sam i odzywał się w nim syndrom najmłodszego dziecka, gdy po dziesięciu latach pojawił się Marek, czuł się gorszy. Mówił, że zajmujemy się  tylko Markiem. Był trochę bałaganiarzem, były o to między nami tarcia (śmiech), ale teraz jest już na studiach i nasze relacje są bardzo dobre. Jestem zodiakalną Panną i jak każda panna muszę mieć wszystko poukładane i zaplanowane.                                             

- Szkołę średnią chłopcy kończyli w Łochowie?

Tak. Nie wyobrażam sobie wysłania chłopaków do szkoły do Warszawy, dziecko wypuszczone w wielki świat łatwo może się pogubić. Ale cóż, po skończeniu liceum, jakby ich już nie było. Wychowujemy dzieci dla kogoś, gdyby nie najmłodszy syn, Marek, zostalibyśmy tylko we dwoje, a wtedy różne rzeczy przychodzą ludziom do głowy (śmiech).                                                                                   

- Jak trafiliście do Łochowa?

Los rzucił mnie do Łochowa jakiś czas po studiach, przyszliśmy tutaj za pracą. Wcześniej nie wiedziałam nawet gdzie Łochów leży. Na studiach był kolega, który pochodził z Sadownego, zresztą nadal tam mieszka. On mówił mi o Łochowie, a ja pytałam czy na pewno nie chodzi o Łuków. Nawet zapraszał mnie, ale to było tak daleko. Po studiach nie cały rok mieszkaliśmy w Łukowie. Miałam być psychiatrą, ponieważ takie było zapotrzebowanie. Z takim zamysłem przyjęto mnie na staż. Był tam oddział psychiatryczny, na którym brakowało lekarzy. Zgodziłam się, ponieważ dawali mieszkanie, co było dla nas ważne, mieliśmy już przecież dziecko. Potem, dziwnym trafem, znalazło się miejsce w Stoczku Łukowskim, gdzie miałam pracować jako pediatra. Będąc na stażu już w kierunku opieki nad dziećmi, zaczęłam pracę. Byłam jeszcze bardzo niedoświadczona, ale nikomu krzywdy nie zrobiłam i to było najważniejsze. Tam urodziłam drugie dziecko, troszkę nie planowane (śmiech). Ale dobrze, że było, później może byłoby jeszcze trudniej. Mój mąż z wykształcenia leśnik ukończył staż w Nadleśnictwie Siedlce i rozglądał się za stałą pracą. Znalazł ją w Nadleśnictwie Łochów, dlatego zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę. Oferowano również duże mieszkanie, co było warunkiem dla nas, byliśmy wtedy już z dwójką dzieci. Podjęliśmy decyzję w ciągu tygodnia, to  było w październiku 95 roku. W ciągu drugiego tygodnia spakowaliśmy się i po wyjeździe nigdy nie wróciliśmy do Stoczka Łukowskiego a mimo, że bardzo byłam związana tam z ludźmi, ale cóż, życie toczy się różnymi torami. Pamiętam nasze pierwsze wrażenia z Łochowa, niestety był brzydki, był listopad, więc szaro, mokro, nie było chodników. Pytałam męża Co to za miasto? Takie było obskurne. Jedna rzecz zaskoczyła nas pozytywnie, od razu dostaliśmy  przydział telefonu, który był w owych czasach problemem.

- Moje wrażenia po przyjeździe do Łochowa były podobne.

Zwłaszcza w listopadzie było tak ponuro i pamiętam tę kawiarnię koło torów. Chcieliśmy napić się czegoś ciepłego, a dookoła było bardzo nieprzyjemnie. Jednak po rozważeniu plusów i minusów zdecydowaliśmy się podjąć wyzwanie i przenieść życie do Łochowa. W tym czasie bardzo nam pomogła rodzina, taka przeprowadzka  nie jest jednak łatwa. Przeniesienie się i z pracy i z miejsca zamieszkania to jest coś strasznego. Nie ma się znajomych, rodziny blisko, nie ma nikogo. Poznaje się to miejsce, człowiek nie wie gdzie się ruszyć. Łochów zmusił mnie do nauki jazdy samochodem, miałam prawo jazdy, ale nie jeździłam. Natomiast jak mi przyszło jechać z Łochowa do szpitala dwa razy autobusem, to powiedziałam Trudno mężu, coś robimy! Ja muszę się nauczyć jeździć. Pojeździliśmy gdzieś na jakąś rampę i poszło. Od razu wpisali mnie na dyżury, bardzo byłam zdziwiona, ale taki rzut na głęboką wodę dobrze chyba robi. Pani dr Towarek wpisała mnie na pierwszy dyżur na sylwestra, mówiąc, że Poradzisz sobie, nic się na pewno nie będzie działo. Pojechałam wtedy pierwszy raz samochodem, najbardziej mnie po tej podróży bolały zęby (śmiech). Ale dojechałam i powiedziałam, że nigdy w  życiu już autobusem.

Ma Pani jeszcze dyżury w szpitalu?

- Zrezygnowałam po urodzeniu Marka, stwierdziłam, że to troszkę za dużo. W przychodni  jest dużo pracy, ciągle coś się dzieje.

 

- Jest Pani również radną  powiatową?

Na początku nie bardzo wiedziałam co dzieje się w Łochowie, potem coraz bardziej zaczęłam się interesować, aż ktoś mi zaproponował kandydowanie na radną powiatową. Zdziwiłam się, że w ogóle mam szansę, ale okazuje się, że bycie osobą publiczną daje taką szansę. Gdy odbierałam telefony z gratulacjami, byłam zaskoczona, jeszcze bardziej, gdy zrozumiałam jak wiele ode mnie zleży, że mam wpływ na różne decyzje. Trochę mnie przeraziła tak duża odpowiedzialność. Pamiętam, że nie spałam dwie noce. Później przydzielano różne stanowiska, które mnie nie interesowały. Mam swoją pracę, którą lubię i nie wyobrażam sobie innej. I tak boleję nad tym, że muszę pojechać na posiedzenie rady i zostawić pacjentów w tym czasie. Chociaż stanowi to dla mnie jakąś odskocznię, spotykam się z innymi ludźmi, nie ciągnie  mnie jednak polityka, to nie jest to, co chciałabym robić w życiu. Stanowisko zobowiązuje, a świat polityki jest trochę dziwny, a troszkę zaskakujący. Jestem drugą kadencję i myślę, że to wystarczy. Praca jest dla mnie najważniejsza.

- Mimo, że jest trudna i bardzo obciążająca?  Lekarze są uczeni sposobów odreagowywania stresu i negatywnych emocji?

Nie, ale staram się uczestniczyć w szkoleniach, które podpowiadają jak sobie radzić, tak z wypaleniem zawodowym jak i z trudnymi sytuacjami w pracy. Sposobem na wypalenie zawodowe jest nie odmawianie sobie chwil przyjemności, które są przecież wszystkim potrzebne. Raz na jakiś czas urządzam sobie taką ucztę dla ducha. Czasami, gdy zachorowań jest bardzo dużo, bywa ciężko. Czasem pacjenci próbują manipulować naszymi emocjami. A należałoby zrozumieć, że po przyjęciu sześćdziesięciu pacjentów mogę ze zmęczenia popełnić błąd. Do rozpoznania choroby, sygnały, które dostaję od pacjenta muszę ułożyć w całość, czasami nie jest to łatwe i zmusza mnie do kierowania się moją intuicją lekarską. Praca z dziećmi jest najtrudniejsza, małe dziecko nie opisze co mu jest.

- Wydaje  się, że i my dorośli mamy niekiedy problem z nazwaniem tego, co nam dolega.

Zdaję sobie z tego sprawę, dlatego staram się naprowadzić pacjenta, ale czasem wchodzi młody człowiek z rękami w kieszeni i z pretensją oznajmia „No przecież jestem chory!”. I jak mu pomóc? Życie nas uczy opanowywania się, czasem potrafię wybuchnąć w pracy, chociaż zdarza się to bardzo rzadko. Nie zawsze można mieć wpływ na relacje z drugim człowiekiem. Jest grono pacjentów, u których dominuje postawa roszczeniowa i przedstawianie spraw nie do końca zgodnie z prawdą. Miałam do czynienia z różnymi sytuacjami. Mimo, że staram się patrzeć z perspektywy pacjenta i być jednocześnie w porządku w stosunku do siebie, rozumiem, że pacjenci się niecierpliwią. Staram się czasami pomóc kilku osobom jednocześnie, mam podzielną uwagę, ale nie powinno tak być. Śmieję się z mojego męża, bo on nie ma podzielnej uwagi, robi jedną rzecz i nic więcej.

- To chyba cecha większości mężczyzn.

Po zrobieniu specjalizacji z pediatrii zmuszona zostałam do zrobienia kwalifikacji na lekarza rodzinnego, był taki czas, że pediatra nie był potrzebny, miał być lekarz rodziny.

- Pamiętam, chociaż nie bardzo rozumieliśmy jak to ma wyglądać. Wydawało się, że tak jak na zachodzie, przyjeżdża lekarz do domu i zajmuje się całą rodziną.

Tak, tylko tam lekarz ma pod opieką tysiąc pacjentów, a u nas ma mieć trzy tysiące, jest to znacząca różnica. Jest też inaczej opłacany. Myślałam o pracy w przychodni, więc zrobiłam lekarza rodzinnego, zaszłam wtedy w ciążę (śmiech) również troszkę nie planowaną w tym momencie. Widocznie tak musiało być, na pewno trochę trudniej było mi uczyć się z małym dzieckiem. Podobnie jak w poprzednich, tak i w ciąży z najmłodszym synem, nie miałam ani jednego dnia zwolnienia. Nie wyobrażam sobie inaczej, ciąża była dla mnie normalnym czasem.

- Jest Pani silną, samodzielną osobą.

Patrząc z perspektywy lat tak sobie myślę, że jestem dzielna, kiedyś nie odczuwałam tego w ten sposób. Było coś do zrobienia, więc robiłam to. Potrafiłam się zmobilizować, teraz byłoby pewnie trudniej. Akademia Medyczna uczy wielu rzeczy, które później nie są przydatne, tak myślę. Kiedyś nie uczyli nas praktyki. Mój najstarszy syn studiuje medycynę i widzę, że mają więcej zajęć praktycznych. Mają pielęgniarstwo, czego ja nie znałam. Wyszłam po sześciu latach studiów i kazano mi zrobić zastrzyk a nikt mnie tego nie uczył, mogłam to jedynie podejrzeć. Kamil miał już techniki wykonywania zastrzyków i tak to powinno wyglądać, może to zależy od uczelni. On studiuje w Szczecinie. Kiedyś nie mógł patrzeć na krew, a teraz jest na medycynie i zapisał się do koła chirurgicznego. Mówię swoim dzieciom, że trzeba lubić to co się robi, żeby wykształciły się w takim kierunku, aby do pracy szli chętnie, a nie z przymusu. Ja nie wyobrażam sobie mojego życia bez pracy.

 - Łatwo okazuje Pani uczucia?

Nie, jestem raczej skrytą osobą, może dlatego czasem wybucham. Praca z ludźmi jest bardzo trudna, cały czas się uczę i wyciągam nowe wnioski. Próbuję wprowadzać zmiany, co nie jest łatwe, siła przyzwyczajenia jest olbrzymia. Jednak cieszę z tego jak jest. W czasie kiedy tworzyły się niepubliczne ZOZ-y, ja też o tym myślałam, była wtedy duża presja środowiska, ale Marek był jeszcze mały i zwyczajnie nie miałam czasu. Nie żałuję, że tak się ułożyło, bo wychodzę z pracy i nie muszę myśleć o problemach administracyjnych.

- Ile ma Pani rodzeństwa?

Mam dwóch braci, jeden jest geodetą, drugi policjantem, mam też młodszą siostrę, która mieszka w Krakowie. Ściągnęłam do Łochowa jednego z braci, chociaż czasem mi to wypomina, mimo, że go nie namawiałam, przyjeżdżał do nas i tak się złożyło, że się tutaj przeniósł. Trzy lata temu ściągnęliśmy rodziców, aby byli bliżej. Drugi brat mieszka w Warszawie, prowadzi firmę zajmującą się geodezyjnymi systemami informatycznymi, niedawno ofiarował za symboliczną „złotówkę” Gminie Łochów swój program, co zostało przyjęte ze zdziwieniem. Dotarła do mnie już informacja, że jest przydatny. Siostra skończyła SGH i początkowo pracowała w Łukowie, ale przyszedł moment, że podjęła decyzję o przeprowadzce do Krakowa. Pamiętam jak powiedziała Trudno, jeśli nie znajdziemy tam pracy, to chociaż będziemy mieszkać w ładnym miejscu - to są jej słowa. Pojechała będąc w zaawansowanej ciąży. Nie mieli tam nic. Dzisiaj już mówią, że wychodzą na pole nie na dwór, więc wsiąkli w pełni w tamten region. Taka jest nasza rodzina, duża, tylko za rzadko są okazje na wspólne spotkania.

- Pani męża łączyły z Łochowem jakieś więzi rodzinne?

Nie, mój mąż pochodzi okolic Rajgrodu, kiedyś mieszkał w leśniczówce na Czerwonym Bagnie, to jest bardzo mała osada leśna, gdzie „diabeł mówił dobranoc”. Jest to urocze miejsce, gdy moje dzieci chorowały jechaliśmy do dziadków i tam zdrowiały. Są tam ogromne torfowiska i bagna, które są ostoją wilka, łosia i jelenia, można zobaczyć cietrzewie, głuszce. Teraz może brakuje mu takiej przyrody, ale myślę, że już się przyzwyczaił. Lubi łowić ryby, czasem wyjeżdża na męskie wyprawy na Bałtyk. Chociaż przeżywam to bardzo, boję się o niego, dobrze gdy mężczyzna ma jakiegoś bzika i lepszy taki niż inny (śmiech).

- No i Łochów nie jest już szary i brzydki.

Nie, odkąd mamy własny dom, dobrze nam tutaj. Mieszkanie w bloku było fajnie, ale ja czułam się tam trochę jak w klatce, nie mówiąc już o mężu. On wychodził z domu i na podwórku już był w pracy, gdy miał dzień wolny najczęściej wyjeżdżaliśmy do dziadków, aby odpocząć. Czułam się tam za bardzo osobą publiczną, bardzo lubię ludzi, kiedyś jednak trzeba odpoczywać. Długo szukaliśmy domu, zależało mi na tym, aby mieć gabinet. Nie da się powiedzieć pacjentowi, że go nie przyjmę. W Stoczku czy piątek czy świątek czy środek nocy pacjenci dobijali się do drzwi i trzeba było udzielić pomocy, tak to się wtedy  nazywało. Lekarka, która była tam wcześniej miała sprawę za to, że nie udzieliła pomocy, więc ja byłam przerażona, od garnka czy od stołu czy ze snu  trzeba było pomóc, nigdy nie wiedziałam kiedy prześpię całą noc. Od tamtego czasu miałam takie poczucie, że powinnam, teraz jest troszkę inaczej, zmieniły się przepisy, ale zdarzało się, że ktoś pukał w środku nocy. Tu jednak postanowiłam sobie, że skoro jest pogotowie, to powiem nie. Bardzo trudno jest powiedzieć nie. Dlatego bardzo chciałam mieć gabinet. Kupiliśmy dom, zrobiliśmy gabinet i wprowadziliśmy się tak jak było, nic więcej nie robiliśmy. To było w 99 roku i powoli go remontujemy.Tu jestem u siebie, mogę zamknąć furtkę, nie odbierać telefonów i może mnie nie być, tam nie mieliśmy tego komfortu.

- Chciałam wydobyć z pani bardziej prywatny wizerunek, wizerunek kobiety, troszkę mi się udało, ale i tak jest on zdecydowanie zdominowany przez Pani zawód.

Tak, jestem lekarzem. Nie wyobrażam sobie życia bez swojej pracy. Czasami mam przesyt, ale szybko regeneruję siły.  Uczymy się, poznajemy siebie i ludzi wokół.

- Czego mogę życzyć Pani na ten rozpoczynający się rok?

Wszystko czego potrzebuję do szczęścia, mam. Chyba tylko spokoju i mniejszego zamieszania w NFZ-cie.

 

              Rozmawiała Ewa Wyszomierska

 
Michal Krupa