Z cyklu Porozmawiajmy

Rozmowa z Joanną Bańską-Dzięcioł, żoną Burmistrza Łochowa

 

Znajomi mówią, że jest Pani niezwykle ciekawą osobą. Natomiast przeciętni mieszkańcy Łochowa niewiele o Pani wiedzą.  Myślę, że świadczy to o skromności, mimo, że od wielu lat jest Pani „Pierwszą damą”. Czuje się Pani Pierwszą Damą?                                                        

Ja, Pierwsza Dama? W ogóle Dama? Ja? (śmiech) Nie. Po pierwsze nic wielkiego nie robię, a po drugie na imprezy, które nie są stricte urzędowe mój mąż najczęściej jest zapraszany sam. Czasem jest mi przykro, ale czasem też, gdy jesteśmy gdzieś razem, witają mojego męża i mnie jako żonę, ja raczej schowałabym się gdzieś, ale

muszę wstać ukłonić się, to  dla mnie jest trudne… mam wtedy piekielną tremę.

To skromność czy nieśmiałość?

Nie jestem osobą nieśmiałą, a czy skromną? Nie mnie to oceniać. Ubieram się skromnie i raczej sportowo. Nie umiem być damą, nie lubię robić makijażu, nie bywam u kosmetyczki.

Bycie damą to nie makijaż. Nie szata czyni nas tym kim jesteśmy.

Jasne, że  nie, ale i wnętrze i zewnętrze mają coś do powiedzenia o człowieku. Zazdroszczę kobietom ładnych dłoni i ust, długich, do samej szyi nóg, ale na zasadzie „fajnie byłoby takie mieć”.

Kiedy zastanawiałam się o co mogę Panią zapytać, zawsze  przychodziło mi do głowy pytanie jednak jakoś związane z Pani mężem. Gdy poznała Pani męża wiedziała Pani, że pociąga go polityka?

Mąż zawsze był działaczem. Kiedyś jako student ruszył z kolegami na ambasadę amerykańską z koktajlami Mołotowa(śmiech).  Opowiadał o swoich różnych działaniach, o więzieniu, relegowaniu z uczelni za poglądy polityczne. Jak lubi sobie mąż żartować, nie ożeniłby się ze mną, gdyby nie wpadka z drukarnią „Tygodnika Solidarność” na jego posesji w Kaliskach. Uprzedzony przez syna sąsiada o nalocie milicji, uciekał nocą do mnie do Łosiewic /znaliśmy się wówczas dwa miesiące/ i tym oto sposobem wybawił mnie od staropanieństwa (śmiech). Zawsze jest chyba inaczej na początku, prawda? Kiedyś mieliśmy częściej okazję rozmawiać o wspólnych sprawach, ale po sześciu latach małżeństwa pojawiła się w życiu męża nowa, wielka miłość - gmina. Chyba z nią czasami przegrywam (śmiech).

A co jest Pani miłością?

Podróże. Uwielbiałam je od dziecka, chociaż  rzadko miałam wtedy okazję podróżować. Będąc już osobą dorosłą trzy razy byłam na Morzu Śródziemnym, organizowałam rejsy na Pogorii - dwa razy dla młodzieży, raz dla dorosłych. Fajna sprawa, jeden rejs cały czas w sztormach, sama się zdziwiłam jaka byłam dzielna (śmiech). Miałam takie marzenie, jeszcze na studiach, aby opłynąć świat na jachcie, chciałam skakać na spadochronie (śmiech). Uwielbiam góry i każdą wycieczkę dla uczniów organizuję w góry… lub rejs po morzu. Ale może ktoś ma miejsce w wyprawie do Afryki lub Tybetu? Chętnie się wybiorę, ostatecznie może być nad Bajkał (śmiech).

To piękne. Szkoda, że rzadko dążymy do spełniania marzeń.

Myślę, że spełniania marzeń też się trzeba w pewnym sensie nauczyć, często wiąże się to z dokonywaniem wyborów. Po studiach pracowałam na Śląsku, budowałam kopalnię Czeczot, byłam kontrolerem technicznym. Pamiętam jak wyrzuciłam pijanego kierowcę z koparki, poczym przybiegł majster z sąsiedniej brygady krzycząc co ty zrobiłaś, co ja teraz zrobię! Sama wsiadłam wtedy do koparki i zasypywałam fundamenty. Innym razem dwóch kierowców  bezczelnie postawiło sobie butelkę wódki, którą rozpijali,  w szoferce. Moja praca polegała na  sprawdzaniu stanu samochodów, ale również pilnowaniu jak ludzie wywiązują się ze swojej pracy.  Dostali naganę, ale by uratować kolegów majstrów z opresji za nich tę robotę wykonałam.  Jechałam wielkim Krazem oburącz przerzucając biegi. Rozładowywałam samochód płyt drogowych dźwigiem, bo zaszła taka konieczność, ładowałam ziemię koparką na samochody i Krazem przez pszczyńskie lasy wiozłam „rozbawionych” współtowarzyszy ze wspaniałego kuligu do bazy. Pierwszy sprawdzian miałam jednak na początku tej pracy. Koleżanka powiedziała mi, że coś się szykuje. Przyszedł do mnie kierowca Stara i mówi Pani  inżynier, ten samochód źle mi coś jeździ, niech go Pani sprawdzi. A stanął kabiną bardzo blisko siatki, musiałam wycofać samochodem ciężarowym z przyczepą. Wiedziałam, że jak tego nie zrobię, nie będą się ze mną liczyć. Udało się. Samochód poleciłam odstawić do warsztatu, co ciekawsze, ja żółtodziób świeżo upieczony absolwent Wydziału Samochodów i Maszyn Roboczych Politechniki Warszawskiej postawiłam trafną(!) diagnozę. Od tamtej pory miałam spokój ze strony kierowców i operatorów sprzętu. To były fajne, szalone czasy. Ale serce podpowiadało mi, że powinnam wrócić, by zająć się rodzicami. Po powrocie była Fabryka Mebli w Wyszkowie, Fabryka Maszyn Budowlanych w Łochowie Fabrycznym - majster na W-4, w latach 1991-1992 byłam dyrektorem Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej w Łochowie. Tej funkcji pozbawił mnie niestety mąż. (śmiech)                                                                                        

Obecnie pracuje Pani jako nauczyciel? Geografia, to jakaś pochodna marzeń o podróżach.

Pewnie tak. Zaczynałam jako nauczyciel geografii, nie trzeba było mieć wówczas uprawnień. Potem „zrobiłam” informatykę, trochę za namową męża, ale nigdy jej nie pokochałam, bo nie ma w niej nic romantycznego. Gdy pojawiła się szansa nauczania geografii, poszłam na Uniwersytet Warszawski, tak jakoś 5-6 lat temu. Nie było łatwo, wymagania były wysokie. W liceum nie było jednak etatu. Tak rozpoczęłam pracę jako geograf w gimnazjum w Gwizdałach. Pracuję na pół etatu. Organizuję również dzieciom wyjazdy, niedawno byliśmy na biwaku w Koszelance - były zachwycone, a my z koleżankami wyśmiałyśmy się chyba bardziej niż one, robiłyśmy im różne psikusy. Marzy mi się praca organizatorki turystyki. Może burmistrz stworzyłby w gminnych szkołach np. w ZOSS dla mnie taki etat. (śmiech)

Gdzie najchętniej zabierałaby Pani swoich wycieczkowiczów? 

W góry, tę młodszą młodzież i dzieciaki, w Bieszczady. Poznałam je z księdzem Ciołkiem, po maturze. Był wikarym, zorganizował dla maturzystów 19-dniowy rajd pieszy. Rozbijaliśmy namioty gdzie nas powiodło, msze św. w lesie na plecakach, z patyków krzyż, ksiądz w japonkach, mrówki po nim łażą, wędrówka wzdłuż Sanu… było super. Teraz jeżdżę z uczniami na inne trasy, chcę im pokazać to, co wydaje mi się, że będzie dla nich najpiękniejsze. Potrafię bardzo tanio zorganizować wycieczkę. Chciałabym, aby pokochały góry, bo według mnie obcowanie z górami pomaga w kształtowaniu charakteru. Przeważnie prowadzę  ich na Smerek , Połoninę Wetlińską, Caryńską, na Tarnicę, Halicz, Rozsypaniec.  Ale jeżdżę też z nimi w Tatry i Sudety. I to w nich pozostaje, to zachwycenie potęgą Stwórcy…..                                                                                                            

A rodzinne wyjazdy?  

Dla mnie za rzadko, ale chciałam zarazić męża górami, żeby spostrzegł, że oprócz GMINY istnieje inny, piękniejszy świat. Ze  względu na jego kondycję zaczęliśmy od Bieszczad. Mąż był zachwycony, był wrzesień, a ja opowiadałam mu jak pięknie jest w październiku. Dzielnie chodził. Mieliśmy powtórzyć wyjazd jak będzie kolorowa jesień ale…. nie udało się. Mam  tam ulubione schronisko. Bacówka Pod Małą Rawką - jest kapitalna, ma duszę, prycze z desek, na nich mnóstwo już wyrytych napisów pamiątkowych. Są takie miejsca, które uwielbiam. Nie wymagam komfortu. Nigdy nie byłam w hotelu dwu, trzy, czterogwiazdkowym i nie tęsknię za tym, właściwie nawet nie chcę tak poznawać świata. Mogę mieszkać w gospodarstwie agroturystycznym, namiocie, w skromnych warunkach. Jak mawialiśmy w paczce studenckiej: w pociągu, w przeciągu,  na drągu  (śmiech), byleby coś zobaczyć, coś przeżyć.

Od kogo uczyła się Pani życia?

Miałam bardzo mądrą mamę. Jak to jeden z moich szwagrów powiedział „Gdyby mama Lucynka miała możliwość skończenia przedwojennych studiów byłaby prezydentem.” Była niezwykłą i bardzo ciepłą osobą, ale życia uczyłam się i od Mamy Lucyny i od Taty Damazego. Miałam silny charakter, chyba trochę zastępowałam syna moim Rodzicom (śmiech), jestem najmłodszą z siedmiu sióstr. Nawet mamy swój Rodowy rymujący się wierszyk (śmiech) składający się z imion: „Basia, Wiesia, Iza, Jasia, Benia, Wandzia i Joasia”.  Z tatą wykonywałam różne męskie prace, do tej pory wolę orać pole niż prace domowe. Kiedyś zażartował sobie, że da mi sto złotych (jeszcze takie czerwone z Waryńskim) jak przetnę brzozę piłą „moja-twoja”. Niewiele myśląc zrobiłam to, miałam wtedy siedem, może sześć lat. Wielu rzeczy tata mnie nauczył. Historii uczyła nas mama. To od niej pierwszy raz, jako smarkateria usłyszałyśmy o Piłsudskim, o Cudzie nad Wisłą, o obozie jenieckim w Ostrówku czy o powstaniu warszawskim. Wiedzę o naszych „przyjaciołach ze wschodu” też. W domu przy lampie naftowej (wieś zelektryfikowano dopiero w 1963 r.) mama szyła dla naszej gromadki, a któraś ze starszych sióstr czytała głośno książki. To wtedy poznałam trylogię, książki Kraszewskiego, Rodziewiczówny, Dołęgi-Mostowicza, Gąsiorowskiego czy Hena.                                                     

Macie Państwo dwóch synów?  

Tak. Starszy syn, Szymon ma 26 lat, a Filip 24. Są młodzi, więc nie mam jeszcze synowych i wnuków. Myślę, że nie czuję się jeszcze babcią, ale kiedyś chciałabym z pewnością, uwielbiam dzieci, zwłaszcza te małe nie pyskate (śmiech) i takie bezradne. Szymek jest dosyć nieśmiały i bardzo zdolny. Ma wiele cech męża i ogromną wiedzę z różnych dziedzin, historia, biologia, polityka…. Technicznie jest cienki, jak mąż. (śmiech) W piątej klasie wygrał olimpiadę wojewódzką z ośmioklasistami, potem w liceum w „Poniatówce” w Warszawie, został laureatem olimpiady biologicznej, dostał się na uczelnię uzyskując maksymalną ilość punktów. Filip studiował elektronikę, ale niestety,  a może „stety” rzucił studia,  teraz pracuje przy nagłośnieniach. Robi to, co zawsze lubił i chciał robić. Wspólnie z kolegami założył firmę w Warszawie i już zarabiają na siebie. O niego się nie martwię, bo wiem że da sobie radę w życiu. Jest podobny do mnie, być może dlatego jest mocno ze mną związany i może dlatego też między nami często „zgrzyta” (śmiech).

W dzisiejszych czasach cenniejszy jest chyba pomysł na siebie niż ukończenie studiów?

Być może. Ja na studiach pracowałam niekiedy na „siedem książeczek pracy”. Funkcjonowały wtedy Studenckie Spółdzielnie Pracy, koleżanki powiedzmy „bogate z domu” nie potrzebowały pracy, więc prosiłam je o wyrobienie książeczek i gdy trafiała się okazja, np. umycia 400 okien w Spółdzielni Inwalidów i Ociemniałych Żołnierzy, wspólnie z koleżanką brałyśmy to zlecenie. Za tak zapracowane pieniądze kupiłam rodzicom m.in. pierwszy telewizor. Zawsze pytali mnie, czy potrzebuję pieniędzy na odzież, książki, ale ja potrafiłam zadbać o siebie, rzadko brałam od nich i syn Filip jest w tym do mnie podobny. Myślę też, że procentuje mój czas spędzony z dziećmi. W zeszłym roku płynęliśmy z siostrami tratwami po Biebrzy. Nagle budzi mnie telefon, jest przed trzecią w nocy. Dzwonił Filip. Mieli koszmarny wypadek w pracy i chyba tylko szczęśliwym zbiegom okoliczności - niezwykle kompetentna lekarka pogotowia i najlepszy chirurg na dyżurze w szpitalu bielańskim - kolega Filipa przeżył i nie amputowano mu nóg. W pierwszym odruchu Filip zadzwonił do mnie, chociaż niewiele mogłam mu wtedy pomóc - tylko prawie półgodzinną rozmowę. Tego typu sytuacji było kilka. Potrafi on uronić łzę i to też dobrze. Chociaż w różnych dyskusjach synowie stają często po stronie męża - to chyba ich taka męska solidarność (śmiech,) mimo, że ja mam rację. Zawsze mam rację, nawet jak jej nie mam (śmiech). Chciałabym mieć córkę, ale przede wszystkim chociaż trójkę dzieci. Myślę, że lepiej się wtedy dogadują między sobą. Aczkolwiek cieszę się że mam dzieci w ogóle, gdyż po wypadku na studiach istniało ryzyko, że nie będzie to możliwe. Na placu Narutowicza kierowca „malucha” uderzył we mnie i wyrzuciło mnie na jezdnię około czternaście metrów, tak że przez pierwsze dwa lata miałam bardzo silne bóle po stłuczeniu głowy i potężnym wstrząsie mózgu. Całkowite zerwanie więzadła bocznego w kolanie… i kłopoty „damskie”, wykorzystałam  wtedy  urlop zdrowotny. Rodzicom nic nie powiedziałam, pomyślałam, że zawsze już będą się martwić co się ze mną dzieje, a wtedy nie było łatwo kontaktować się na co dzień. Człowiek miał łóżko w akademiku i własne komórki…. szare. (śmiech).  Raczej nie byłam typem użalającym się nad sobą, byłam twarda. (śmiech) Teraz jest chyba ze mną trochę gorzej.

„Twardość” zazwyczaj wiele kosztuje.             

Być może. Muszę przyznać, że jestem już trochę zmęczona, mimo swojego entuzjazmu i pozytywnego nastawienia do świata. W ciągu ostatniego roku postanowiliśmy dokończyć budowę domu w Kaliskach, która stanowczo za długo trwała. Pilnowałam robotników, dokonywałam wyborów, gdyż w domu w Łosiewicach, gdzie mieszkamy, trwał niekończący się  remont. I tak między jednym domem a drugim i jeszcze teraz z mężem między szpitalem a szpitalem i szkołą. Jednak w tym całym zamieszaniu udało mi się zorganizować dla nauczycieli czterodniową wycieczkę w Bieszczady. Myślę, że mnie i nam wszystkim - nauczycielom z Gwizdał - dobrze to zrobiło. Przepadam za górami. Każdy na swój sposób ładuje baterie, ja najchętniej górach i w ogóle na fajnych wyjazdach.                                                                                                                                                   

Między obowiązkami a podróżami jest….?

Medycyna niekonwencjonalna, dieta warzywna, literatura, pogaduchy z przyjaciółką… i ogrom spraw związanych z posiadaniem rodziny, domu i pracą zawodową. Jestem zwolennikiem niekonwencjonalnych metod, farmacja zbankrutowałaby, gdyby wszyscy ludzie zażywali tak niewiele leków jak ja. Jestem również zwolenniczką akupresury. Gdy chłopcy byli mali i bolały ich gardła, masowałam im duże paluchy, jak nie mogli zasnąć,  masowałam im opuszki palców u nóg. Szymek dwa razy w życiu brał antybiotyk, jak miał roczek i będąc studentem, Filip chyba raz. Mężowi także często pomagam wrócić do zdrowia naturalnymi metodami. Nasze babcie przecież jakoś sobie radziły. Poza tym bawię się kabaretem w Urlach - zdobyliśmy wiele nagród, na Zaciszu w Warszawie  zdobyliśmy trzecie miejsce, byliśmy nagrodzeni w Karniewie, Mińsku Mazowieckim, Sokołowie Podlaskim, Węgrowie i innych miejscach. Próby mamy raz w tygodniu. Sprawiają mi one dużo radości. Jest świetnie, w kabarecie odpoczywam. W Łosiewicach, gdzie mieszkam, założyliśmy Stowarzyszenie na Rzecz Rozwoju Wsi Łosiewice - głównie za sprawą naszej pani sołtys. Wyremontowaliśmy świetlicę, troszkę według mojego pomysłu, wyposażyliśmy pięknie kuchnię. Teraz planujemy boisko dla dzieci, ale tym zajmują się już głównie mężczyźni.               

O czym mówi Pani „to jest tylko moje”?                       

Tylko moje są moje marzenia. I mój strach, może raczej troska o zdrowie i życie  bliskich. Nie chcę mówić o tym co jest tylko moje, bo…. to tylko moje.

 

Ewa Wyszomierska

 
Michal Krupa