W 150. rocznicę pewnego powstania

       150 lat temu, w nocy z 22 na 23 stycznia 1863 roku wybucha powstanie styczniowe. Stało się to na podstawie manifestu Komitetu Centralnego, który stał się Tymczasowym Rządem Narodowym. Manifest wypowiadał wojnę Rosji, wzywał wszystkich mieszkańców Rzeczypospolitej do walki, ogłaszał wszystkich jej mieszkańców równymi, przyznawał własność ziemi i obiecywał uczestnikom powstania wynagrodzenie w postaci nadania na własność ziem z dóbr narodowych. Kraj podzielono na województwa i powiaty z naczelnikami oraz komisarzami wojskowymi na czele. Istniały też okręgi wojskowe z komendantami.

       Bezpośrednią przyczyną wybuchu powstania była wiadomość o „brance”. Chodziło o pobór do wojska młodzieży z terenu Królestwa Polskiego. W ten sposób Rosjanie chcieli rozładować napięcie społeczne na terenie zaboru rosyjskiego. W poprzedzających latach narastało niezadowolenie z rządów zaborcy i wzrost nastrojów patriotycznych. Przejawiało się to w protestach i ulicznych demonstracjach, których inspiratorami i głównymi uczestnikami byli młodzi ludzie. Doprowadziło to do wprowadzenie wojska na ulicach Warszawy, które użyło broni wobec demonstrantów, powodując ofiary śmiertelne. To skutkowało demonstracjami na pogrzebach. Wprowadzono na terenie Królestwa Polskiego stan wojenny i zwiększono liczbę oddziałów wojska. Przez ostatnie lata zaborca odstąpił od poboru. Służba wojskowa była w tym czasie bardzo uciążliwa. Trwała 20 lat i powracało z niej tylko 25% poborowych.

       Polski tajny rząd, chciał uprzedzić działania Rosjan, którzy termin poboru wyznaczyli na 26 stycznia. Większość młodzieży z Warszawy miała się udać do Puszczy Kampinoskiej i lasów serockich i tam utworzyć wojsko narodowe do walki z zaborcą.  Rosjanie akcję uprzedzili i dokonali poboru w nocy z 14 na 15 stycznia ale w ograniczonej liczbie. Postanowiono pozostałą grupę uratować, kierując do lasu i ogłaszając wybuch powstania, które miało się zacząć na wiosnę. Ten pośpiech miał ujemne skutki. Brak było koncepcji, broni i organizacji. Jednak nie można było czekać. Zabrakło też naczelnego wodza, którym miał być Ludwik Mierosławski, przebywający w chwili wybuchu powstania w Paryżu. Na terenie wszystkich zaborów zaczęto tworzyć oddziały zbrojne, mimo braków w broni, wyposażeniu, niechęci chłopów oraz braku dowódców.

       Niektórzy podejmowali działania pod wpływem chwili. Tak zrobił inżynier kolejowy Ignacy Mystkowski oraz zawiadowca stacji Praga, kolei warszawsko-petersburskiej Ruciński. Zorganizowali oni odziały powstańców i przystąpili do opanowania linii kolejowej Warszawa-Białystok. Zakłócili tym sposobem transport armii carskiej. Zniszczono urządzenia telegraficzne i stacyjne oraz uszkodzono mosty kolejowe na Liwcu w Łochowie i na Bugu w Małkini. Opanowano stacje w Łapach i m.in. w Łochowie. Jednak powstańcy opuszczali w kolejnych dniach zdobyte miejscowości co umożliwiało przywrócenie nadzoru rosyjskiego.

       Do największej bitwy na naszym terenie doszło 3 lutego 1863 roku koło Węgrowa. Już wcześniej w lasach koło tej miejscowości gromadzili się powstańcy stanowiący oddział kapitana Władysława Jabłonowskiego, który liczył 1000 powstańców. W samym Węgrowie zebrało się około 500, stanowiących oddział Jana Matlińskiego, który opanował miasto po ucieczce placówki kozaków. Zebrane oddziały miały wspomóc innych powstańców, którzy mieli opanować Siedlce i zwane były armią podlaską. Opanowanie Siedlec się nie udało i Rosjanie postanowili rozbić powstańców węgrowskich. Wysłali trzy kolumny wojska z trzech stron. Z północy miały zaatakować oddziały dowiezione koleją z Warszawy do stacji  Małkinia i Łochów. Liczyły one 2500 żołnierzy. Z południa od strony Siedlec wyruszyło zgrupowanie liczące 1000 żołnierzy. Trzeci kierunek to zachód od strony Warszawy. Powstańcy, którzy rośli w siłę i ich liczba wzrosła do kilku tysięcy, byli jednak słabo uzbrojeni. Nie posiadali armat i mieli małą ilość karabinów. Główna broń to kosy. Jednak dowódcy powstańców przewidywali rozwój wypadków i byli dobrze poinformowani o ruchach nieprzyjaciela. Dlatego zabezpieczyli się od zachodu paląc most na Liwcu w Liwie. Na idącego przeciwnika z północy, który szedł po obu stronach Liwca, wysłali oddział kosynierów. Rozbijają oni kolumnę nieprzyjaciela i odrzucają ją pod Łochów. Ponownie oddziały z tego kierunku przybywają do Węgrowa już po bitwie. To samo dzieje się  z kolumną siedlecką, która jest powstrzymywana w marszu pod Mokobodami i Szarutami. Jednocześnie dowodzący Rosjanami pułkownik Papaafanasopuło, wysyła alarmujące meldunki do swoich zwierzchników i otrzymuje posiłki. Rusza więc na Węgrów ale zapadająca noc wstrzymuje pochód. Nieprzyjaciel rozbija obóz w lesie pod Szarutami. Wykorzystuje to kapitan Jabłonowski i wysyła ośmiuset kosynierów i dwustu strzelców. Bitwa trwa do 5 rano i skutecznie wstrzymuje Rosjan co pozwala przygotować obronę miasta. Usypano szańce, obsadzono je strzelcami, a kosynierzy czekali w odwodzie. Obserwator z wieży kościoła informował obrońców o ruchach nieprzyjaciela. Rosjanie ostrzelali miasto z armat i ruszyli do szturmu. Strzelcy bronili się dzielnie a na pomoc ruszyli im kosynierzy, którzy zdobyli armaty. Jednak przewaga ogniowa Rosjan spowodowała straty i Polacy musieli się wycofać. Możliwość wzmocnienia nieprzyjaciela zbliżającymi się posiłkami oraz potrzeba zachowania sił oddziałów powstańczych zmusza dowództwo do wycofania się z miasta. Pozostawiając oddziały opóźniające kolumny powstańcze pomyślnie wycofują się w kierunku Sokołowa i Siemiatycz gdzie 16 lutego stoczyli bitwę i dalej do Drohiczyna. Miasto poniosło konsekwencje oporu wobec zaborcy - zostało zrabowane, spalone a mieszkańcy pomordowani.

 
Michal Krupa