Strzępki rozmów w drodze, cz. I

Jesteśmy w miejscowości Wolfsberg w Austrii. To nasz pierwszy nocleg poza granicami Polski, w drodze do Rzymu. Nasza gospodyni to przemiła osoba. Ciągle powtarza „ja, ja” na wszystko, co do niej mówimy, chociaż nie mówimy po niemiecku. Mimo to, świetnie się rozumiemy.  Z okna widać wyciąg narciarski, urocze, zielone wzgórza i czyściutkie drogi. W każdym pokoju w naszym pensjonacie znajdujemy Pismo Święte, co bardzo cieszy naszego towarzysza podróży.

Księdza Jakuba Buczyńskiego poznaliśmy osobiście podczas Bożonarodzeniowej wizyty duszpaster-skiej w 2011 r. Słyszeliśmy, że jego pasją, podobnie jak naszą, są motocykle. Nieco później, wybraliśmy się wspólnie na otwarcie sezonu motocyklowego organizowanego przez księdza Jarosława Wyszomierskiego w Legionowie. Po kilku przejażdżkach po okolicy bliższej i dalszej zdecydowaliśmy, że wyruszymy na motocyklową wyprawę. Celem miał być Watykan. I tak też się stało. 27 czerwca wyruszyliśmy na naszą pielgrzymkę do Rzymu, ja jako pasażer, mój mąż i ksiądz Jakub, jako główni motocykliści. Trasa wiodła przez Wiedeń, Wenecję, Asyż, San Marino, Rzym, Pizzę, Toskanię, nad jezioro Garda i przez przełęcz Stelvio. W sumie zrobiliśmy, bez mała, pięć tysięcy kilometrów. Nasze rodziny, modliły się za nasz szczęśliwy powrót, wyprawa motocyklowa nie jest standardową formą spędzania urlopu. Wspólna przygoda  pomogła mi namówić naszego towarzysza na rozmowę. Próbowałam już w Łochowie, ale bezskutecznie. Ciekawiło mnie jego spojrzenie, z jakże innej perspektywy, na życie i ludzi.  Jest skromnym, empatycznym człowiekiem, posiadającym zdrowy dystans do życia i ludzi.

Gdzieś na krawężniku jednej z włoskich stacji benzynowych….
- Z pewnością pamięta ksiądz swoją pierwszą parafię?
- Oczywiście. Było to Perlejewo. Drugą był Węgrów, następnie Liw, Rozbity Kamień, Sarnaki i Łochów.

- Czy którąś wspomina ksiądz ze szczególnym sentymentem?
- Nie wyróżniam żadnej, wszystkie były ważne. Nie można tak oceniać, moglibyśmy w ten sposób kogoś urazić.

Będąc księdzem jest się chyba mimo woli narażonym na  cenzurę, krytykę?
- Tak, dlatego nie lubię mówić o swoich zainteresowaniach, aby nie było to odebrane jako przesadne chwalenie się lub brak skromności.                                                                                                                                      

- Uważa ksiądz, że rozmowa o pasji do motoryzacji, motocykli odebrana będzie w sposób negatywny?
- Tak. Ogólnie ukształtował się pogląd, że jazda motocyklem jest szpanowaniem, a fakt, że jestem duchownym wydaje się pogłębiać jeszcze tę opinię.                                                             

- Nie zgadzam się. Z pewnością część  ludzi jest negatywnie nastawiona do motocyklistów, ale to bardzo się zmieniło w ciągu ostatnich lat. Jesteśmy już nowoczesnym społeczeństwem.
- Dam prosty przykład. Chodzenie w zwykłym ubraniu, nie w sutannie, postrzegane jest jako ukrywanie się. Nie pokazuję, że jestem duchownym.

- Widuję innych księży, którzy noszą koloratkę i zwyczajne, chociaż stosowne ubranie.
- Uważam, że  jest to półśrodek. Mam dwóch braci. U jednego na ślubie byłem w sutannie, u drugiego natomiast w odpowiednim do okoliczności stroju i koloratce. Brat zawstydził mnie i powiedział: „Wyglądasz jak pastor”. I miał rację, a poza tym, nie czułem się komfortowo.                        

- No cóż, chyba po prostu jest ksiądz na właściwym miejscu. A jak zaczęła się księdza przygoda z motoryzacją?                                                                                                                                                                        - Motoryzacją interesowałem się od dzieciństwa. Kiedy miałem 9 lat strasznie „cierpiałem”, że tak daleko do prawa jazdy, że muszę czekać jeszcze 9 lat, aby być dorosłym, mieć 18 lat i prowadzić samochód. Marzenie spełniło się kiedy miałem 17 lat bez 8 dni, mogłem już jeździć samochodem, traktorem, no i motocyklem. Pierwszy był motocykl - stara MZeta ETZ150, którą posiadam do dziś, jest sprawna. Stoi u rodziców. Nie jest urodziwa, ale mam nadzieje, że taka będzie. Dopiero jednak kiedy zostanę proboszczem, wówczas będę miał więcej czasu. Fiat „kant”, to już nowa historia. Lubię go, ponieważ  przypomina mi dawne lata i podoba mi się jego zapach - czuć woń benzyny i starego samochodu.

- Będąc dzieckiem, nastolatkiem nie marzył ksiądz o byciu mechanikiem, kierowcą rajdowym albo strażakiem?
- Chyba, jak wielu innych chłopaków, chciałem być piłkarzem J. W dzieciństwie mieszkałem blisko szkoły i boiska, więc piłka nożna brała górę. Z braćmi i kolegami graliśmy tyle czasu ile się dało i czym się dało. Kryzysowe lata osiemdziesiąte trudno było o piłkę. Piłką była często plastikowa butelka po oleju silnikowym. Na koszulkach farbą olejną malowaliśmy numery. Pamiętam  do dziś, swoją koszulkę z numerem 9.

Dojeżdżamy do Asyżu. Widok, jaki rozpościera się przed nami, zapiera dech w piersiach. Przepiękne mury Asyżu z Bazyliką św. Franciszka na pierwszym planie zajmują całe zbocze wzgórza. Próbuję uwiecznić ten widok na zdjęciu, co nie jest proste, jadąc jako pasażer na motocyklu. Przychodzi mi myśl, że zdjęcia są jedynie namiastką każdej podróży. Nie oddają pełni uroku odwiedzanych miejsc. Ale każde miejsce i każdy spotkany człowiek zostaje gdzieś w nas. Mam wrażenie, że wydrąża w nas jakąś cząstkę, nadaje nam kształt, jak rzeźbiarz swojemu dziełu. Tak chyba stajemy się tym kim jesteśmy.

Jak rodzice zareagowali na decyzję o wstąpieniu do seminarium?
– Myślę, że dobrze. Może byli troszkę zaskoczeni, ale przyjęli mój wybór ze zrozumieniem i akceptacją.  (…)

Tekst: Ewa Wyszomierska

Część druga motocyklowej podróży w kolejnym numerze GŁ.

 
Michal Krupa