Wrzesień 1939. Hitler w Łochowie i okupacja

W przeddzień agresji hitlerowskich Niemiec na Polskę ogłoszono mobilizację, ale społeczność wiejska była tylko umiarkowanie zaniepokojona, gdyż nikt nie przewidywał najgorszego. Poborowi rozprawiali o rzekomo tekturowych czołgach niemieckich, brakach aprowizacyjnych w Niemczech i o sile własnej armii. Na wsi trwały prace na polu przy pięknej pogodzie w piątek i sobotę, 1-2 września, a w niedzielę udawano się na msze w Kamionnie. Niepokój budziło dopiero szybkie posuwanie się nieprzyjacielskich wojsk w głąb kraju, łagodzone wieściami o bohaterskiej obronie Westerplatte i wypowiedzeniu wojny przez zachodnich aliantów. Względny spokój podlaskiej prowincji zburzył wkrótce początek oblężenia Warszawy i pierwsze w tych stronach ataki lotnictwa na stację Łochów i most kolejowy na Liwcu, a także ostrzeliwanie ludzi na polu i na  drogach.

  Bezpośrednie zagrożenie nastąpiło po przegranej przez naszych bitwie pod Wyszkowem. W niedzielę 10 września przez Łochów wycofywały się polskie oddziały, a podczas pościgu, lotem koszącym nad dachami wsi, niemieckiego myśliwca za polskim samolotem rozpoznawczym zapaliły się słomiane strzechy stodół w środku starego Łochowa. Na szczęście dzień był bezwietrzny i dlatego nie spłonęła cała wieś.

   Forpoczty niemieckie nie pojawiły się w Łochowie zaraz po bitwie, gdyż poniosły poważne straty i musiały się przegrupować, a przejeżdżając przez wieś nie pozostawili prezydium. Dopiero trzy dni później zmotoryzowany patrol żandarmerii przypieczętował niemieckie zwycięstwo zerwaniem tabliczki z godłem na komisariacie policji.

   O tym, jak pewnie czuli się Niemcy na zajętym terenie, świadczy chociażby lekceważenie porzuconej przez stronę polską popsutej ciężarówki z bronią strzelecką przy posesji Andrzejczuków (Węgrowska 105, d. 35). Niepilnowana stała kilka dni, aż wreszcie przysłano wartownika, po czym odholowano ją do Węgrowa.

   Pod koniec września we wsi rozlokowano jednostkę Luftwaffe. Żołnierze w niebieskich mundurach zachowywali się poprawnie i przez cały okres ich pobytu nie słychać było o jakichś ekscesach, być może dlatego, że nie była to jednostka frontowa. I jeszcze ciekawostka z tych pierwszych tygodni okupacji, Pewnego dnia na nadrzecznych łąkach na lewym brzegu Liwca awaryjnie wylądował transportowy Ju-52. Na drugi dzień holowano go, z odjętymi skrzydłami na platformie, szosą przez wieś, w kierunku Węgrowa. Zaciekawieni mieszkańcy mieli po raz pierwszy okazję zobaczyć z bliska duży samolot.

   Po naprawie mostu, w listopadzie, przywrócono kursowanie pociągów, dzięki czemu do Warszawy mogli wrócić letnicy, których wojna zaskoczyła na wsi. Ruch był duży, bo powracali uchodźcy, a rodziny osób mieszkających w ciężko poszkodowanej stolicy udawały się tam, żeby dowiedzieć się o ich losach. Obsługa pozostała bez zmian, tylko zmieniono emblematy mundurowe, a na wagonach stopniowo zastępowano "PKP" nazwą "Ostbahn" (kolej wschodnia).

Niebawem podróżni czekający na pociąg na łochowskim peronie mogli ujrzeć jadące z Białegostoku składy towarowe (w tym cysterny) oznaczone cyrylicą, skrótem CCCP - wymowny dowód realizacji przez Kraj Rad postanowień dwustronnego paktu. Czuło się bliskość granicy na  Bugu i krążyła ustna relacja świadków wjazdu szpicy pancernej do Siedlec po 17 września. Pierwszą rzeczą jaką czerwoni pancerniacy zrobili, było uprowadzenie biskupa Czesława Sokołowskiego. Szczęściem dla niego w tym momencie przyjechali niemieccy oficerowie z komisji delimitacyjnej i poinformowali krasnoarmiejców, że zapędzili się za daleko, jako że na mocy paktu, miasto przypada Niemcom. Szpica jak niepyszna, wycofała się z Siedlec, zostawiając na rynku uwolnionego biskupa. Nic dziwnego, że po tak dramatycznym przeżyciu przesadził on potem z sympatią do Niemców, o czy świadczy (niewykonany) wyrok śmierci wydany przez sąd Polski podziemnej. Łochów należał do jego diecezji. W listach pasterskich do diecezjan zalecał on lojalne odstawianie kontyngentów, wyjazdy na roboty do Niemiec i bezdyskusyjne zdawanie dzwonów na potrzeby wojenne. (Dzwony z kościoła w Kamionnie odstawiono niepotrzebnie, gdyż były żelazne, a takie nie podlegały rekwizycji.).

Nowym nabytkiem w pierwszych latach okupacji była kaplica w Budziskach. Zaczęło się od osiedlenia się w tej wsi dwóch młodych księży i dwóch zakonnic z grupy wysiedlonych z poznańskiego. Zostali dobrze przyjęci przez tutejszych, chociaż początkowo zaskakiwali ich niespotykanymi w tych okolicach zwyczajami. Na przykład sutannę zakładali tylko na czas nabożeństwa, a poza nim czarny garnitur z koloratką. Do tego jeszcze jazda na rowerze. Tutejsi księża nigdy go nie używali, chociaż posługiwano się nim już powszechnie. Proboszcz Kamionny zawsze jeździł po pańsku - bryczką, z woźnicą na koźle. Owi wielkopolscy księża wpadli na pomysł utworzenia planowanej już wcześniej kaplicy w Budziskach, co bardzo spodobało się miejscowym, gdyż do Kamionny mieli siedem kilometrów. Mniej zachwycony był ks. kanonik Władysław Lewicki, dla którego taka konkurencja oznaczała poważny spadek dochodów. Jednak pomimo protestów z jego strony, siedlecka kuria na otwarcie kaplicy zezwoliła. Pozostało tylko uzyskanie zgody niemieckiego starosty, co też nie nastręczyło trudności.  Szybko więc zaadaptowano na kaplicę połowę budynku szkolnego i zainaugurowano działalność nowej placówki religijnej.

Jerzy Gołos

Od. Red.: Część II  wspomnień autora w kolejnym numerze GŁ.

 
Michal Krupa