Mit pancernej brzozy

Choć upływa już 3 lata od tragedii smoleńskiej to jej przebieg do dziś nie jest wyjaśniony. Mijają kolejne miesiące a pytań w tej sprawie pojawia się coraz więcej. 5 lutego miałem okazję uczestniczyć w konferencji  organizowanej na UKSW przez Stowarzyszenie „Doktoranci dla Rzeczypospolitej”, której gośćmi byli naukowcy: prof. Wiesław Binienda, prof. Kazimierz Nowaczyk, dr. inż. Wacław Berczyński i dr. Grzegorz Szuladziński. Jej celem było skonfrontowanie wyników badań ekspertów Zespołu Parlamentarnego z tezami ogłoszonymi w  raporcie Komisji J. Millera.

Niestety mimo otrzymanych zaproszeń od organizatorów ani jeden członek komisji rządowej nie znalazł w sobie odwagi, aby podjąć polemikę z naukowcami. Od kwietnia 2010 r. rząd i prokuratura utrzymywały, że główną przyczyną tej katastrofy było uderzenie TU154 w brzozę na wysokości 5.1 m  na skutek czego odpadło ok. 1/3 skrzydła po czym samolot wykonał tzw. beczkę, spadając na ziemię kołami do góry. Jak wykazał na konferencji dziekan Uniwersytetu w Akron /USA/ - prof. Wiesław Binienda, przyjmując dane z raportów MAK i Komisji Millera 80 tonowa maszyna powinna pozostawić na ziemi ślad w postaci drogi hamowania o długości ok. 250 do 300 metrów. Takiego efektu niestety nie ma ani na zdjęciach z miejsca katastrofy ani w oficjalnych dokumentach.

Nie mniej ciekawe były wyniki przeprowadzonych przez niego badań dotyczących samej brzozy. Prawdopodobnie każdy z nas zadawał sobie pytanie czy kontakt ciężkiego samolotu na dużej prędkości z drzewem może spowodować aż takie skutki ? Binienda i jego współpracownicy przeprowadzili dziesiątki symulacji, na których potrzeby zwiększyli gęstość i średnicę drzewa przy jednoczesnym obniżeniu  parametrów skrzydła, zmieniając w różnych wersjach kąty jego natarcia. W ani jednym przypadku samolot nie stracił skrzydła podczas zderzenia z rosnącą na podmokłym terenie brzozą. Widocznie „pancerna brzoza” urosła tylko w głowach ludzi sprzedających nam wersję, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością bo nie są w stanie potwierdzić tego wyjątkowego przypadku obliczenia fizyczne i matematyczne. Ale to jeszcze nie koniec historii z tym mitycznym drzewem. W oficjalnym przekazie podano nam  najpierw wymiar 5,1 m  jako punkt zderzenia brzozy z Tupolewem. Następnie po wnioskach niezależnych ekspertów, że na tej wysokości niemożliwy byłby obrót samolotu o 180 stopni /musiałby zawadzić o ziemię/ prokuratura zwiększyła wymiar do 6.66 m. Wydawałoby się, że granica śmieszności została przekroczona. Tu do akcji wkracza publicysta Gazety Wyborczej w artykule „Czy te liczby mogą kłamać”, red. Jacek Żakowski tłumaczy nam, że przez ponad 2 lata urosła ona dokładnie o 156 cm. Matematyka się zgadza, ale z logiką już gorzej.

W lutym tego roku miesięcznik „Nowe Państwo” opublikował rosyjski „Protokół oględzin miejsca zdarzenia” sporządzony w dniu katastrofy w godzinach od 15:00 do 20:00. W tym oficjalnym, podpisanym przez rosyjskich śledczych dokumencie nie wspomniano o pancernej brzozie, ale o zupełnie innej, ściętej przez samolot metr od góry. Dlaczego strona polska ukrywała ten dowód pomimo tego, że była w jego posiadaniu od sierpnia 2010 roku? Czemu nie uwzględniła go w swoim raporcie? Fakt ten spowodował natychmiastową reakcję Naczelnej Prokuratury Wojskowej, która swoją miarkę przestawiła na pozycję 7.7 m co pokazuje, że brzoza z upływem czasu ciągle nam rośnie. Jakby tego było mało to  17 lutego NPW wysłała swoich pracowników do Smoleńska, aby tam dokonać pomiarów.

Czemu zatem instytucje rządowe powołane do dążenia do prawdy wprowadzają opinię publiczną w błąd kilkakrotnie zmieniając wysokość? Nawet dziecko zorientuje się, że ktoś tu bardzo mocno kręci. Często słyszymy z mediów, a nawet od sąsiadów czy rodziny takie oto zdanie - „dosyć już z tym Smoleńskiem”. Ale czy zwykłe upominanie się o prawdę jest dziś czymś złym? Czego boją się prezydent i premier, że nie chcą się zgodzić na międzynarodową komisję w tej sprawie? Czemu 3 stycznia tego roku posłowie /PO, SLD, RP i zdecydowana większość PSL/ nie zgodzili się na niezależną komisję obywatelską? Na jakiej podstawie zbudowano teorię o śmierci polskiej elity narodowej, wyśmiewając jednocześnie badania niezależnych naukowców?

Cała ta sytuacja rodzi mnóstwo wątpliwości i głębokie podziały w społeczeństwie. Nie było by tego, gdyby polski rząd potrafił i chciał sprawnie przeprowadzić rzetelne śledztwo w tej sprawie. Niestety nie sprostał nawet wyzwaniu jakim była organizacja pogrzebów, narażając przy tym rodziny ofiar na powtórną traumę. Wersja ministra Millera i generał Anodiny wraz z upływem czasu sypią się jak domek z kart. Kluczowe jej tezy padają pod naciskiem faktów, a „pancerna brzoza” jest tu tylko jednym z wielu na to przykładów.

Niestety tragedia smoleńska nie skończyła się wraz z pogrzebami, ale trwa dla nas wszystkich do dziś. Wielokrotnie upokorzono rodziny i miliony Polaków dając im mnóstwo obietnic bez pokrycia. To co dzieje się wokół tej tragedii jest bezprecedensową patologią nie mającą dotąd miejsca w żadnym innym demokratycznym kraju. Symbolem tego stanu rzeczy jest główny dowód w sprawie - „zabezpieczony” w Rosji wrak samolotu, który gdyby wrócił dziś do Polski mógłby być bardzo kłopotliwy dla wielu osób.

Robert Gołaszewski

 

PS. Przed gmachem UKSW w tym dniu były ustawione wozy transmisyjne wszystkich stacji telewizyjnych i radiowych.  W auli mnóstwo kamer, mikrofonów i znanych dziennikarzy. Miałem nadzieję, że wieczorem po powrocie do domu obejrzę rzetelną relację z tego wydarzenia w mediach. A tu tylko telewizja Trwam /transmisja na żywo/ i 10 sekundowa migawka w Wiadomościach TVP. Pozostałe stacje nie chciały zauważyć tego wydarzenia. Czy tak ma wyglądać rzetelna informacja? W jakim celu dziennikarze spędzili tam cały dzień? Czyżby czekali na jakąś wpadkę, którą mogliby nas karmić przez następne dni?

 
Michal Krupa