Nieoczekiwana zmiana

Wchodząc w związek wielu ludzi zakłada, że zmieni w partnerze to, czego nie akceptuje. Znamy takie historie.  Przez jakiś czas toczy się walka, a w końcowych napisach brak „haapyandu”. Dlaczego wiążą się z kimś, kto nie odpowiada ich oczekiwaniom? Może ze strachu przed samotnością? A może własne kompleksy chcą przykryć idealnym, według własnego kryterium, partnerem? Nie wiem czy wiecie, ale istnieje też proces odwrotny. Chociaż nie zakładamy, że kogoś zmienimy, partnerskie studium i tak się dokonuje.

Kiedyś  szefowa doradzała mi, aby od początku w małżeństwie mówić o swoich oczekiwaniach, domagać się tego, na czym nam zależy. Daleka byłam od typowej postawy roszczeniowej. Ale czy  wspólne życie razem wiele lat nie prowadzi do pewnej zmiany? Jeśli nie ewoluujemy razem, to ktoś zostaje z tyłu i już nie zmierzamy w tym samym kierunku.

W każdym razie, przez lata moich własnych starań o dom i różne związane z tym drobiazgi, „stworzył się potwór”. Przed każdymi świętami stawałam na głowie, aby przygotować dom najlepiej, jak potrafię, aby przygotować dania najlepsze, jakie mi się uda. I po latach, kiedy ja już nie mam presji, bo atmosferę świąteczną tworzą ludzie, nie przedmioty, „bestia” podstępnie wniknęła w mojego męża. Sprząta, pucuje, poleruje, skupuje środki czystości, nie koniecznie skuteczne. Jednym słowem, nie ma żartów. Nie będę przecież odpoczywać, kiedy moja druga połówka tak ciężko pracuje. Dziękuję ewolucji, modzie i koleżankom kobietom za niezwykle długą wizytę u fryzjera i kosmetyczki. Ale jak teraz oduczyć zdolną bestię perfekcjonizmu wpojonego przez kilkanaście lat pożycia? Gdy koledzy chcą już zgłosić moje cudo do konkursów kulinarnych? Kilka miesięcy temu byli świadkami, jak mistrz miał dylemat, w którym miejscu położyć ostatnią oliwkę na sałatce. Od tamtej pory nie mogą się otrząsnąć. Niektórzy nawet rozpoczęli ten sam proces. Niezwykle „męski” kolega, nie podejmujący się wcześniej „damskich” prac rozpoczął osobiście porządki świąteczne.                                                                          

To mój wkład w równouprawnienie. I niech tak pozostanie, choć i tak medalu Perfekcyjnej Pani Domu nie dam sobie odebrać.

Marysia

 
Michal Krupa